piątek, 11 lipca 2014

“Gorące wici”, czyli opowieść akurat na wakacje (recenzja)

Czy zanim Ridley Scott stworzył swojego, doskonałego "Gladiatora", mógł czytać polską powieść historyczną z 1962 roku? To dość szalona teoria, ale czytając "Gorące wici" nie mogłem oprzeć się takiemu wrażeniu.




Wpadła mi w ręce zupełnie przypadkiem. Stara, zniszczona obwoluta i niezbyt atrakcyjna ilustracja - kremowy Rzymianin na białym rumaku. Ale przecież nie okładka świadczy o książce...

Mimo że wicher ogniście mrozem parzył na "orlim gnieździe", przecież jednak Rzęsowi, zagrzebanemu w słomę i otulonemu w kożuch, porządnie spać się chciało. Pamiętał jedno: jeśli uśnie - ryzykuje głowę.

Tak zaczyna swoją opowieść Janusz Teodor Dybowski - dramaturg, powieściopisarz, który tworzył w drugiej połowie ubiegłego wieku. "Gorące wici" to historia plemion słowiańskich, a przede wszystkim Kalisiów, toczących srogie walki z Kwadami czy Gotami. Trudno tu mówić o poważnym opracowaniu naukowym, to raczej literatura młodzieżowa, choć balansująca między beletrystyką i faktami bezspornymi.

To także pozycja, która może zainteresować Dolnoślązaków, a zwłaszcza mieszkańców okolic Wrocławia czy Świdnicy. Bo tak oto knędz Przesław zwrócił się rozgorączkowany pewnego razu do możnych włodyków, którzy nawiedzili jego knęstwo:

Tam u Ślężan stało się coś bardzo złego. Radźcież nad tym i starsi, i rówieśni, i młodsi bracia moi. Bogowie sami, widać, chcieli, by ten czas wielkiej, ślęskiej trwogi zastał was wszystkich u mnie (...)

Cisza zapanowała śmiertelna. Włodycy patrzeli po sobie. Już im się ta gościna w kaliskim siedlisku przedłużała. Już myśleli o domowych pieleszach, o łowach w znajomej okolicy, o żeninach miłych, a tu wyskoczyła im ta Ślęża, gdzie wszystko było niewiadome.

A to tylko jeden z ciekawych związków, bo przedzierać się także będziemy m.in. przez Osobowice, przeprawiać przez Odrę i Widawę, a dopiero później wdrapywać na Ślężę opanowaną przez Niemych, czyli nie znających ludzkiej mowy Niemców.
Są również i wątki, jakich nie powstydziłby się twórca słynnej "Gry o tron". Co prawda nie znajdziemy tu olbrzymów czy wilkorów. Jest za to (ale jedynie w wyobraźni i wierzeniach) uosabiająca śmierć Marzanna, jest Swarożyc, jest i wielkoskrzydły Płanetnik, posłaniec śmierci i władca burzy, otoczony gromadą wijów, a poprzedzony śmigłym kręcielem Srala-Bartkiem (taka mała trąbka powietrzna).

Skansen w Będkowicach k. Sobótki sprzed 1200 lat
(Fot. Fotopolska.eu)

Są wreszcie i Romańczycy czyli Rzymianie, którzy w okresie kształtującej się wspólnoty plemiennej pojawiają się na naszych (dolnośląskich dziś) ziemiach. A już najbardziej zadziwić może historia Sinocha, zwanego też Światłym - walecznego i prawego kowala, zrodzonego nad Odrą - a przez Rzymian porwanego i nazwanego Lucjuszem Sinokusem.

Scena, która rozegrała się w jednym z lasów imperium wydała mi się jakby znajoma. Światły-Lucjusz znad Odry wraz z innymi niewolnikami zbijają dla siebie krzyże, na których mają dokonać żywota:

- Jesteś bardzo mocny. Nadałbyś się na gladiatora. To jedyny ratunek dla skazanych na ukrzyżowanie. Zgłoś się do dekuriona, on poda sprawę dalej. Mogą Cię przyjąć. - I co mnie wtedy czeka?
- Ho, ho... Wspaniałe życie, jeśli potrafisz zabijać innych.
- A potem?
- Możesz stać się sławny, bogaty, kupować sobie dziewki. Lud będzie cię uwielbiał. Będzie to trwało tak długo aż...
- Aż?...
- Aż młody cezar zwróci uwagę...
Tym cezarem okazuje się być Kommodus, syn coraz słabszego i coraz bardziej zrezygnowanego Marka Aureliusza. "Gorące wici" (przypominam - książka z 1962 roku) przenoszą nas bowiem dokładnie do tej samej chwili, od której swą opowieść rozpoczął Ridley Scott w filmie "Gladiator" (rok 2000).

I podobnie jak w "Gladiatorze" Maxiumus, tak i tutaj Sinoch tuż przed swoją egzekucją w lesie wycina w pień strażników, a potem ucieka, by razem ze współwięźniami, nad którymi przejmuje dowództwo torować sobie drogę do wolności mieczem i toporem:

GORĄCE WICI
Pięciu pozostałych przy życiu niewolników otoczyło zaraz Sinocha, prosząc, aby im przewodził.
- Prowadź nas, rządź nami! Tobie zawdzięczamy, że jeśli zginiemy, to w walce, a nie na torturach (...)
- Kim jesteście? - spytał.
- Ja jestem Sidon, Kwad - odparł jasnowłosy mąż w sile wieku.
- Ja Grynhud, Swew z dalekiej północy (...)
- A ty milczący bracie? - zagadnął ostatniego.
- Milczę, bo mi trudno mówić po romańsku. Jestem Ślep ze Ślężan, co ich Silingami nazywają - rzekł zagadnięty.
- Skąd jesteś - zapytał Sinoch mową Słowian. - Ja znad Odry.
- Wy mój plemieniec, o bogowie! Ja idę spod samej Ślęży. Kwady mnie chwyciły i sprzedały tym wilkom.
- Jako i mnie kiedyś, Ślepie. Jednaki był nasz los.

Oczywiście to dość luźne powiązania, ale czy można wykluczyć, że Ridley Scott lub scenarzysta David Franzoni czytali polską powieść młodzieżową Janusza Teodora Dybowskiego? Z pewnością takie domysły nie zaszkodzą ani filmowi, ani książce.

GLADIATOR
- Czy ktoś z was był w wojsku?
- Ja. Walczyłem z tobą pod Vindoboną.
- Możesz mi więc pomóc.
- Cokolwiek wyjdzie przez te wrota... mamy lepsze szanse na przetrwanie jeśli będziemy współpracować.
- Jeśli będziemy trzymać się razem, przetrwamy.

Na pewno do przeczytania polecam ją Wam, bo na wakacje to będzie strzał w dziesiątkę. Sam sprawdźcie, czy Sinoch-Światły stanął do wali z Kommodusem? Najlepiej wybrać się też od razu pod Ślężę, by odwiedzić skansen w Będkowicach i wczuć się w klimat z tamtej epoki…

Skansen w Będkowicach k. Sobótki
fot. Fotopolska.eu

Autor: Marek Zoellner

Za: http://www.prw.pl/