czwartek, 24 lipca 2014

Etnografia Lubelszczyzny – medycyna ludowa

Wierzenia Słowian przetrwały w różnej formie do dnia dzisiejszego w folklorze ludowym, dlatego badania etnograficzne stanowią obok archeologicznych nieocenione źródło wiedzy o religijności naszych przodków…




Znachorka słowiańska

Medycyna ludowa jest dziedziną, w której racjonalne przesłanki koegzystują z myśleniem magicznym. Badacze zwracali uwagę, że terapia ludowa skupia w sobie wiedzę, wierzenia, cały pogląd na świat oraz praktyczne działania, aby zapewnić człowiekowi największe dobro, jakim jest zdrowie. Nie należy jednak badać etnomedycyny wyłącznie w kontekście mitu, bowiem tylko uwzględnienie przekonań i praktyk z zakresu medycyny ludowej w całokształcie ich wzajemnych stosunków oraz uwzględnienie tych mitologicznych wyobrażeń, które leżą u ich podstaw pozwala na określenie systemu medycznego w tradycyjnym obrazie świata, jego wyrażenie w magii leczniczej i innych tekstach kultury, traktowanie medycyny, jako jednej z form interpretacji świata i człowieka oraz odczytanie sensu rozmaitych form leczenia.


Warto też zwrócić uwagę na badania Jaromira Jeszke. Analizował on dziewiętnasto i dwudziestowieczne lecznictwo ludowe. W postaci wykresów kołowych przedstawił procentowe wykorzystanie różnego rodzaju środków leczniczych. Wyniki są następujące: roślinne – 63%; mieszane – 14%; magiczne – 10 %; zwierzęce – 7%, mineralne – 2%, ludzkie - %.


Chorobę postrzegano jako istotę żywą, coś zewnętrznego, co przychodzi i odchodzi, stąd bierze się stwierdzenie, zanotowane przez Henryka Biegeleisena, autora Lecznictwa ludu polskiego - że choroba wchodzi do ciała chorego. Nie była ona postrzegana, jako zmiany w ciele, tylko jako obcą istotę, która ingeruje w ustrój człowieka.


Przyczyny chorób
Poglądy na przyczyny chorób w dużym stopniu były uwarunkowane poglądami religijno-magicznymi, choć nie w całości. Józef Burszta przyczyny chorób usystematyzował w cztery kategorie:
1. naturalistyczne
2. magiczno-demonologiczne
3. kosmiczne
4. żywioły, świat roślinny i zwierzęcy
Za przyczyny naturalne można uznać warunki życia, sposób odżywiania, higiena, warunki klimatyczne. Na wsiach panowały trudne warunki mieszkaniowe, niekiedy w małym domu żyło kilkanaście osób, a na zimę wprowadzano bydło do pomieszczeń mieszkalnych. Choroby wynikały z niedostatecznego stanu higieny. Na poziom zdrowia negatywnie wpływała ciężka praca, która dotyczyła wszystkich członków rodziny. Brak było odpowiednich maszyn i specjalizacji produkcji, z tego względu praca, szczególnie latem, trwała od świtu do zmierzchu, była przyczyną reumatyzmu i innych schorzeń.


Kolejną naturalną przyczyną chorób było niezróżnicowane pożywienie, niedostateczna ilość białka zwierzęcego, dominacja takich produktów jak: kapusta, kasza, ziemniaki (nazywane chlebem ubogich). W zimie jedzono mniej niż w lecie, a w czasie przednówku (czyli kiedy kończyły się stare zapasy, a jeszcze nie było nowych zbiorów) głodowano. Choroby mogły wynikać także z ogólnego stanu organizmu, wrodzonej odporności bądź podatnością na pewne choroby, które mogły być dziedziczne.
Nadnaturalne tłumaczenie genezy chorób było szeroko rozpowszechnione na wsi. Wynikało z magiczno-religijnej interpretacji świata, jak i z poglądów na chorobę. W przekonaniu mieszkańców tradycyjnej wsichoroba mogła pochodzić od Boga, jako kara za grzechy, tzw. dopust Boży. Spotykała osoby, które w jakiś sposób zawiniły, zgrzeszyły, choroba była ich pokutą. Wierzono, że jeśli Bóg chce kogoś utrzymać przy życiu, to nie jest potrzebna pomoc lekarza, aby tego dokonał. Także oponent Boga - diabeł mógł powodować choroby.


Za diabelskie schorzenia uznawano padaczkę, lunatyzm, choroby umysłowe.Wiele ludów wiązało choroby z działaniem demonów, co może wywodzić się z rożnych stanów chorobowych, na przykład w czasie duszności odczuwany jest ciężar na piersi. W ludowych wierzeniach przekłada się na wyobrażenie zmory, nazywane w zależności od regionu: marami, nocny diabłami, koszmarami, nocnicami, złymi duchami, gnieciuchami. Zmory mogły być niewidzialne, lub przybierać postacie antropomorficzne czy zoomorficzne. W niektórych rejonach wierzono, że jeśli rodzi się siódma córka, to jest ona zmorą. Dusiły one ludzi podczas snu siadając im na piersi.


W rejonie dolnosańskim wyobrażano sobie zmorę, jako kobietę ubraną w białą lub szarą płachtę. Według relacji siedziała ona w komorze pod beczkami ze zbożem. Była nie tylko odrażającym strachem, ale również istotą niezwykle niebezpieczną dla człowieka, bowiem nie znano wielu sposobów zapobiegania jej śmiertelnej działalności. Całym swym ciężarem dusiła człowieka podczas snu. Nie można się było wtedy ruszyć, krzyczeć i oddychać. Zmora dręczyła też zwierzęta, szczególnie konie.
Zmora (Kikimora)

Wierzono, że czarownice mogły powodować wiele dolegliwości. Sprowadzały chorobę przez zaklęcie, dotyk, dodanie do jedzenia lub picia różnych środków, czy podłożenie, podrzucenie pewnych przedmiotów. Czarownicom przypisywano sprowadzanie chorób takich, jak kołtun, wrzody, różnych dolegliwości u dzieci oraz bydła. Nie tylko czarownice oskarżano o podkładanie pewnych przedmiotów. Mogły to robić także inne osoby. Najczęściej podkładano coś w miejsce graniczne, jak próg domu czy obory, co miało negatywny wpływ na mieszkańców lub bydło. Płaczki, czyli ciągłe i uporczywe płakanie dzieci po nocach, można było sprowadzić podkładając pod strzechę
[…] siedem takich lalków, jakiś nie wiem z czego, musi z gałgonków, no i tam gdzieś podsadzi pod strzech.[Zofia Chołaj, Bobowiska, 2010].
Bardzo rozpowszechnionym poglądem, dotyczącym magicznego pochodzenia chorób, było przekonanie, że powoduje je złe spojrzenie, czyli rzucenie uroku:
Kto miał takie łoczy że zazdrosny był, coś komuś się szykowało, zobaczył czy świnie, czy coś ładnego i już to późni chorowało, bo urzekło, bo taki chytry człowiek był, jak spojrzał, zazdrosny. [Stanisława Smolak, Wólka Kątna, 2010].
Uroczne oczy były uznawane za cechę wrodzoną lub nabytą:
Jak dziecko pierś ssie i jak jest odsadzune i późni jak jeszcze płacze i matka mu da z powrotem, to jest takie dziecko, które późni jest urokliwe. [Marianna Gajda, Zabłocie, 2009].
O rzucanie uroków posądzano także stare kobiety z czerwonymi oczami. Tę umiejętność pozyskiwały dzięki łasce szatana. Posiadanie „urocznych” oczu przypisywano także ludziom, którzy mieli wady wzroku, na przykład zeza, lub nosiły okulary. Niekiedy osoba, która rzucała uroki nie wiedziała, że posiada takie właściwości, a przecież mogła uroczyć ludzi, zwierzęta, a nawet urodzaj czy pogodę Urok powodował płacze u dzieci, utratę apetytu u trzody, utratę mleka u krów, gradobicie:
Mogą urzec człowieka, mogą urzec dziecko, mogą urzec zwierzęta, krowe. [Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2010].
Informatorzy wymieniali poszczególne strefy, na które uroki miał negatywny wpływ:
Brzuch mnie bolał niemiłosiernie […] to późni ktoś zobaczył i chorowała ta kobyła piękna od uroku. [J.W., Wólka Kątna, 20009]; jak dziecko płakało czy coś, to przysła do mieszkania, urzekła. [Wacława Wiczołek., Bobowiska, 2010].
Wartość przypisywana sile wzroku wynika z funkcji jakie on spełnia – jest elementarnym i podstawowym sposobem orientacji w przestrzeni i narzędziem poznawania świata. Oczy są drogą, która prowadzi do wnętrza człowieka, ale i odwrotną: to co złego jest w środku, może właśnie poprzez oczy, które stanowią przestrzeń graniczną, epatować na zewnątrz. Relacje o rzucaniu uroku są bardzo liczne na terenie Lubelszczyzny:
Oj już oziorała mi, oziorała. [Śmiech] Oziorała, takie były stare kobiety co wierzyły w to. [Janina Woch, Wólka Kątna, 2009]
Że bojały sio, żeby sonsiada nic nie zobaczyła, bo ona strasznie była zazdrosno, spojrzała to już urzekła.[Eugenia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2009].
Na wierze w magiczną moc słów opierało się przekonanie, że przekleństwo, złe słowo mogło wywoływać chorobę. Tu klątwa i kląć pojawia się w znaczeniu wymówienie określonych słów, odwołujących się do mocy, zobowiązywać, by moc sprawiła, żeby komuś (czemuś) stało się coś złego:
Nawet czasami, to tak życzyli sobie w takich złych sytuacjach: -„Żebyś nie mógł skonać!” I też mówiono w takich sytuacjach, że ktoś na przykład nie mógł skonać bardzo się męczył, aż tam coś się nie stało, aż ktoś go nie przyszedł i nie przeprosił. Właśnie różne były sytuacje, ale opowiadano o takich różnych, że właśnie nie mógł ktoś skonać, że albo mu ktoś, że albo się nie przeprosił z kimś, zawziął się na kogoś albo może ktoś jakby przeklął go, powiedział w złej chwili i to potem się spełniało. [Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2010].
W wielu opowieściach z Lubelszczyzny pojawia się przekonanie, że ciała niebieskie powodują pewne choroby. Szkodliwe działanie księżyca udzielało się małym dzieciom, kiedy w nocy kołyska stała przy oknie światło miesiąca mogło wywołać:
[…] złe objawy na ciele na tym, po tym księżycu. [Elżbieta Wójtowicz., Wólka Kątna, 2010]
Dziecko mogło również dostać płaczków, czyli płakać codziennie o tej samej godzinie, inaczej dolegliwość ta nazywała się miesięcznikiem, co potwierdza jej zależność od księżyca. Szkodził on także lunatykom, pod jego wpływem ludzie ci stawali się aktywni i chodzili po dachach. [Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2010].


Wpływ faz księżyca objawiał się w taki sposób, że jeśli choroba rozpoczęła się podczas nowiu, to analogicznie do zachowania księżyca, powiększała się.


Innymi ciałami niebieskimi, które według ludowej wyobraźni, przyczyniały się do chorób były słońce i gwiazdy. Obawiano się zwłaszcza, kiedy działo się z nimi coś odbiegającego od naturalnego rytmu. Zaćmienie było zwiastunem nieszczęść i chorób. Był nawet nakaz zasłaniania studni w tym czasie, bowiem wierzono, że dochodzi do zatrucia wody.


Kolejnym nienaturalnym zjawiskiem, który miał negatywny wpływ na ludzi były deszcz meteorów, jak i pojawiająca się na niebie kometa. W ludowych wierzeniach znane były choroby, które spowodowane były negatywnym działaniem żywiołów. Dawni Słowianie byli przekonani o negatywnym działaniu wiatru, to wierzenie jest kontynuowane na gruncie kultury tradycyjnej:
Tak sparaliżowało go – wiatr go trącił. [Marianna Gajda, Zabłocie, 2009]
Wylew albo zawał, to i kiedyś. Ton wiater tak. [Zofia Chołaj, Bobowiska, 2010]
Oj ja taku miałam babcie staru, to godali, zawsze opowiadali, że jak ich Olesie wiater zawioł, jak dostała ospy, tak umarła. [Wacława Wiczołek, Bobowiska, 2010].

Płanetnik
Autor: Martaemilia


Wiatr mógł powodować ospę, kalectwo, paraliż, wylew, mógł odebrać mowę. Wiązało się to z wierzeniami, że w wichrze kryje się diabeł. Za przyczynę chorób uznawano również złe, morowe powietrze. Chorobę mogło spowodować spożycie brudnej wody. Niektóre schorzenia przypisywano ziemi.
Położył się na ziemi, położył się na wznak i mówi, że przysnął i potem zachorował i chorował tam kilka tygodni i zmarł, bo po prostu ziemia jakoś tak przyciąga człowieka, że chce wciągnąć do siebie, jak się na nią położy.[Eugenia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2010].
Świat zwierząt w przekonaniu ludu mógł powodować choroby, szczególnie robaki takie jak glisty. Ponadto wierzono, że każdy ma w swoim ciele robaki, które gnieżdżą się w przewodzie pokarmowym, powodują chudnięcie, osłabienie, blednięcie. Wierzenie to jest oparte na realnych przesłankach, bowiem niektóre odmiany pasożytów mogą zamieszkiwać ludzki organizm i powodować choroby. Wierzono także, że niektóre schorzenia, na przykład guzy, powoduje przeniknięcie do ciała człowieka gada lub płaza.


Zapobieganie chorobom
Profilaktyka stosowana w celu uchronienia się przed chorobami polegała w większości na zastosowaniu działań o podłożu magiczno-wierzeniowym. Zanim jeszcze choroba pojawiła się we wsi, a wiedziano, że w sąsiednich wioskach panuje epidemia, podejmowano czynności prewencyjne.


Jedną z nich było zaoranie dookoła wsi, lub oplecenie ją nitką. Oborania mieli dokonać bracia bliźniacy, dwoma wołami. Koło i zakreślenie okręgu było magicznym sposobem ochrony przed złem, zamknięta przestrzeń, zostaje oddzielona od zewnętrznej, zmienia się jej status. Inny sposób, który zabezpieczał wieś przed epidemią, został zanotowany w okolicach Włodawy. Wszystkie kobiety zbierały się w jednej chacie, aby między zachodem i wschodem słońca skończyć wyprząść kawałek płótna, który należało położyć w noc z soboty na niedzielę przed cerkwią, aby każdy mieszkaniec mógł po nim stąpać, co miało bronić przed zarazą. Profilaktyczne działania wykorzystywano także w stosunku do poszczególnych osób, zwierząt, a nawet roślin. Szczególnie chroniono się przed urokami:
A to od uroków zawiązywały wstążeczki czerwone, to kokardki przypinały. Oj i do kołyski i dziecku kukarde jakąś tam. Tak tak były! Nawet jak ktoś coś miał ładnego kwiatka, ja sam nie wierze w gusła, w pokoju mam o kwiatka, co mam ładny, to mam kukardke z czerwonej wstążki, bo mówie, że ładny kwiatek. [Janina Woch, Wólka Kątna, 2009]
Dziewczynkum jakieś tam chyba kokardki we włosy wplatały. [Henryk Pocek, Zabłocie, 2010]
Koniom to takie bumboleciki czerwone. [Zofia Chołaj, Bobowiska, 2010]
Tak to sio przewlokło bluzecke czy tam sukienecke na lewu strune i już ze urok nie złapał. Było to było, tak obłucyły, jak dzieci wynosiły, jakiś sweterek. [Wacława Wiczołek, Bobowiska, 2010].


Swoistym sposobem profilaktyki były liczne zakazy, które miały przeciwdziałać potencjalnym chorobom. Obowiązywały one kobietę ciężarną, która nie powinna zaglądać przez szpary i płoty, bo dziecko będzie zezowate. Nie powinna wpatrywać się w nieboszczyka, bowiem dziecku groziła bladość lub mogło urodzić się martwe. Nie mogła zapatrzeć się na osoby chore psychicznie i w jakikolwiek sposób wynaturzone, gdyż to przejdzie na dziecko. W czasie pożaru musiała uważać, aby się nie dotknąć, gdyż dziecko będzie miało w tym miejscu znamię, podobnie działo się w sytuacji, gdy matka się przestraszyła i dotknęła jakiejś części ciała.

Terapeuci ludowi
W wielu przypadkach etnomedycyna obywała się bez specjalistów. Lud znał działanie ziół i innych medykamentów. W przypadkach niezagrażających w poważny sposób zdrowiu, stosowano samolecznictwo. Chętnie także korzystano z usług wiejskich terapeutów.


W medycynie ludowej, pozbawionej możliwości korzystania z medycyny oficjalnej, funkcję lekarzy pełnili wioskowi znachorzy, akuszerki, babki znające się na ziołach. W kulturach archaicznych tę funkcję sprawowali czarownicy, szamani, wróże – ich pozycja w społeczeństwie była niezwykle uprzywilejowana.


W kulturze starożytnych Słowian leczeniem zajmowali się kapłani ludowi, wieszczowie i kierownicy obrzędów. Z jednej strony ludzie ci cieszyli się wielkim szacunkiem, z drugiej utrwalił się pogląd, że wiejscy terapeuci to szarlatani, którzy przy pomocy czarów, chcą walczyć z chorobami. Należy jednak zauważyć, że wielu ludowych terapeutów, obok czynności magicznych, stosowało środki wynikające z obserwacji i doświadczeń wielu pokoleń, dlatego przy ograniczonym dostępie do medycyny, ich działalność była potrzebna. Znachorzy wzmacniali swoje działanie, poprzez nadanie mu sakralnego charakteru. Do tych celów używali krzyża, znaku krzyża, poświęconej wody, świętych obrazów.
Wśród wiejskich terapeutów dużą grupę stanowiły znachorki. Były to osoby w starszym wieku, zazwyczaj w jakiś sposób się wyróżniały, na przykład wyglądem. Niekiedy były posądzane o kontakty z diabłem, który rzekomo zdradził im tajemnice leczenia, z tego względu były posądzane o czary. Nie wszystkie kobiety, zajmujące się lecznictwem, utożsamiano z czarownicami. Tak zwane babki ciszyły się szacunkiem mieszkańców wsi. Były to zazwyczaj starsze mężatki, które znały się na ziołach oraz pełniły funkcję wiejskich akuszerek. Najstarsi mieszkańcy podlubelskich wsi wspominają, że babka swoje działania w trakcie rozpoczynała od czynności o charakterze magiczno-religijnym:
Przyszła więc wzięła wianek z rozchodnika ten poświęcony w wiankowy czwartek no i oczywiście okadziła izbę, gdzie to dziecko ten poród miał się od odbywać, okadziła te wszystkie cztery kąty okadziła, no i też przy tym chyba się modliła. [Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2010].
Czynność ta służyła zabezpieczenia miejsca, w którym rozegra się coś niezwykłego, w którym połączy się strefa sacrum i profanum, należało podjąć wszelkie działania, aby przy spotkaniu odmiennych jakości, wydzieliła się pozytywna energia.


Jedna z informatorek opowiadała o niezwykłej mądrości babki. Pewna kobieta miała ciężki poród, wezwano lekarza, który jednak nie potrafił pomóc, dopiero babka rozpoznała, że urodzą się bliźniaki i stąd wszelkie trudności. Rozkazała, aby kobietę natychmiast odwiedź do szpitala. Bliźniaki - chłopiec i dziewczynka swoje życie zawdzięczali wiejskiej akuszerce. Pojawiały się jednak także wstrząsające opowieści o działalności samouczek lekarskich, które w przypadku krwawienia z dróg rodnych kładły na brzuch koński nawóz czy w razie trudności w trakcie porodu nakazywały usiąść tęgiej kobiecie na brzuch położnicy. Opłata pobierana przez babki zazwyczaj nie była pieniężna, brały one produkty naturalne, żywność lub pomoc w pracach polowych.
Oprócz babek na wsi jeszcze inne osoby trudniły się leczeniem. Obowiązywała specjalizacja, osoby zajmujące się terapią pewnych schorzeń nie wchodziły w kompetencje innych. Jedni specjalizowali się w leczeniu złamań inny ziołolecznictwie lub zamawianiach. Kobiety, które odpędzały choroby przy pomocy specjalnych formuł, w niektórych rejonach Lubelszczyzny nazywano szeptuchami.

Szeptucha Anna Bondaruk
Fot. Andrzej Sidor/Forum
źródło: www.forum.com.pl

Leczeniem za pomocą magicznych zabiegów zajmowali się również guślarze, zwani też wróżami. Ich formułki były utrzymywane w tajemnicy. Samych guślarzy otaczano szacunkiem i w pewnym stopniu się ich bano. Natomiast owczarzy posądzano o paktowanie z diabłem, dlatego oprócz tego, że leczyli również mogli zadać chorobę:
W oborze pod progiem coś było zakopane, ktoś z tych owcarzy coś zakopał i z tego względu świnia zdechła, i krowa się zeschła i koń zdechł. Dopiero po paru latach prawdopodobnie ci sami owczarze coś wykopali i od tej pory już wszystko się szykowało. [Janina Woch, Wólka Kątna, 2009].
Wyrywaniem zębów na wsiach zajmowali się kowale. Były również specjalne osoby odpowiedzialne za nastawianie złamanych lub skręconych kończyn.


O sposobach leczenia przez felczera opowiadał jeden z informatorów:


Tatuś to tak zawsze mówił jak zachorowoł, a był taki felczer Durakiewicz nie, jak felczer Durakiewicz nie pómógł, to już na śmierć było. To tak tatuś mówił, że tak mówiły starsze ludzie, że kiedyś to nie wiesz, były dumy pod strzechu, to tam było do diabła wróbli, to zawsze tatuś tak mówił, czy to prawda. To tak mówił, że nieroz to tak mówiły garść wróbli ze świencunu wodu i przejdzie, guwienków tych, świencunu wodu i przejdzie. To było takie leczenie. [Henryk Pocek, Zabłocie, 2010].

Diagnozowanie chorób
Przed przystąpieniem do leczenia należało zdiagnozować chorobę, co czyniono na różne sposoby: poprzez dotykanie i oglądanie języka, oczu, dłoni czy ubrania chorego. Wnioskowano po charakterze pisma. Obserwowano język i mocz. Puszczano wahadła, machano różdżkami. Magicznym sposobem diagnozowania było przyglądanie się węglom puszczonym na wodę:
Jak ktoś urzekł prosięta, to się badało to rzucało się takie węgle z drzewa, tam szło się do chlewika, rzuciło się takie węgle z drzewa i jak te węgle poszły do dna, to znaczy że ktoś urzekł. [Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2010].


Terapia ludowa - ziołolecznictwo
W leczeniu środkami roślinnymi kumulowały się racjonalne przesłanki, wynikające z obserwacji działania ziół i magiczne sposoby doboru i wykorzystania roślin. Wiele ziół przedostało się do lecznictwa ludowego z medycyny średniowiecznej, za pomocą zielników. W bardzo szerokim stopniu wykorzystywano zioła, bo jak mówi jedna z informatorek: To jest zioło, nie to że człowiekowi szkodzi, a tylko pomaga. [Janina Woch, Wólka Kątna, 2009].
Fitoterapia była powszechna, ze względu na dostępność surowca. Były pewne zasady zbierania ziół:
Zioła zbierać, to babcia zbierała moja zioła, bo to była przecież cała taka leczarka we wsi, ale w maju, tylko w maju. [W maju dlaczego?] A bo to Matki Boski miesiąc i pomagały te zioła. Oj różnych ziół nazbierała i suszyła, tylko nie na słońcu, tylko gdzieś w cieniu na takim przewiewnym, żeby gdzieś słonko nie wypaliło tego zapachui tego wszystkiego. Tych ziół nazbierała zawsze. To w maju były zbierane zawsze. Inne takie te to nie zbierała w miesiące, majowe. Ja tak samo teraz mówie. I dziurawcu i tego i owego zbieram późni, a to mięty od brzucha, późni dziurawiec od wątroby, to lepszy jest jak jakie leki, bo to już jest zioło, nie to że człowiekowi szkodzi, tylko pomaga. [Janina Woch, Wólka Kątna, 2009]
Tłumaczy to, że maj jest miesiącem Matki Boskiej. Ta religijna motywacja nie wyklucza pogańskiej, według której miesiąc ten poświęcony był zmarłym, i z tego względu brała się szczególna wartość, którą mu przypisywano. Wymóg ten ma także swoje racjonalne wytłumaczenie: maj i czerwiec, to miesiące najpełniejszego rozkwitu ziół i zapewne z tego względu mają najsilniejsze właściwości lecznicze.

Zioła


Inna teoria dotycząca zbioru mówi:
W ogóle mówiono, że zioła zebrane na przykład przed świętym Janem, czy w dzień świętego Jana to trzeba zebrać, to one właśnie wtedy bardzo są uzdrawiające, jak są tego dnia zebrane. I właśnie wtedy zrywano jakąś tam szałwie, nie szałwie, jakieś łopiany, które podobno pomagały na ból zębów, czy krosty jak się robiły. […]… Natomiast jeśli chodzi o zbiór tych ziół różnych, to różne zioła miały okresy różne do zrywania, na przykład świętojańskie ziele, czyli dziurawiec, musiał być zerwany, kiedy te kwiatki były jeszcze nieprzekwitnięte, bo już nie miały takiego działania. I inne tak samo. Na przykład taka roślina, która tam była i głuch pokrzywa się nazywała, nazywano, to ona na przykład miała pomagać, jak ktoś, kiedyś na gruźlice, na płuca, to się jej kwiatki, ale te kwiatki trzeba było zbierać, tylko jak słońce świeciło, wtedy kiedy świeciło słońce, nie można było zbierać, jak było pochmurno, i wtedy właśnie one działały dobrze. Takie różne, no trudno powiedzieć w tym momencie, nie wiem może te babki, które się zajmowały leczeniem, możedokładniej wiedziały kiedy trzeba było zbierać, no ale z tego co tam ja wiem no to tak to różne zioła różnie się zbierało w różnych kwartach. […] Wiadomo, że był tam rumianek, była macierzanka, macierzanka też była pomocna nie wiem chyba była od brzucha, jak bolał. Cencelija, o cencelija to była jak krowa nie chciała dać mleka, jak miała zapalenie, to właśnie tą cencelije używano. [Używano jak?] No chyba smarowano to wymie, a może nawet okadzano, nie wiem tego dokładnie, ale była ważna, bo starsze kobiety zbierały i mówiły, że muszą mieć cencelije, bo jak krowa zachorowała, to tą cencelije używały. [Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2010].
Ten nakaz związany jest z charakterystycznie pojmowanym czasem w kulturze tradycyjnej, który nie jest jednorodny - jest czas świecki i sakralny, przypadający na święta i odmiennie wartościowany.


Powszechnym zabiegiem wykorzystywanym do leczenia ludzi i zwierząt było okadzanie, które związane jest ze szczególnymi właściwościami ziół i dymu. Najczęściej spalano zioła poświęcone w wiankowy czwartek, lub kwiatuszki, co za procesju sypią do Przenajświętszego Sakramentu. [Janina Woch, Wólka Kątna, 2009]. Sposób okadzania opisała jedna z informatorek:
To ci brały wągli, ksyły zioła i pod krowe ładnie podchodziły i ten dym szedł na to. Patrz rozchodziło sio. Roz trochy tłuszczem, trochy tym dymem i dobrze było, mleko było. [Wacława Wiczołek, Bobowiska, 2010].
Innym sposobem okadzania było:
Sposób leczenie chorób, to na przykład okadzało się, bo pytałaś mnie, więc u nas było bardzo ważne okadzanie rozchodnikiem. [Jak wyglądało?] Jak człowiek zachorował to się ten poświęcony w wianku rozchodnik w wiankowy czwartek sypało w jakieś pudełeczko i zapalało się i właśnie tu się chodziło na opak w tym wokół tego łóżka chorego trzy razy. I właśnie to był sposób, żeby ten człowiek wyzdrowiał, bo mówiono, że sama nazwa rozchodnika pochodziła stąd, że się choroba rozchodzi po takim okadzeniu. [Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2010].
Magicznym sposobem leczenia było spalanie róży, pomagało to jak zęby bolały [Zofia Chołaj, Bobowiska, 2010] lub nos mi spuchł o tak, ocy podpuchły. [Marianna Gajda, Zabłocie, 2010]; bądź jak głowa bolała.[Stanisława Smolak, Wólka Kątna, 2010].


W czynności tej uwidacznia się kumulacja czynników mitycznych, mediacyjnych i symbolicznych: Dziewięć gałek trzeba było spalić, przykryć czerwoną chustką, przed wschodem słońca, to się koniecznie robiło i to też najstarsza osoba. [Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2010].


Zostaje tu wykorzystana magiczna moc liczby trzy, dziewięć kulek lnu, czyli trzykrotnie zwielokrotnienie trójki lub czterokrotne dwanaście takich łebków [Zofia Chołaj, Bobowiska, 2010] oraz w dalszej części formuła słowna, którą trzy razy się chyba powtarzało [Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna 2010].
Zapalony ogień odstraszał złe moce, siły nieczyste, był czynnikiem oczyszczającym, świeca posiada rozbudowaną symbolikę w religii słowiańskiej, później w chrześcijańskiej. Symbolika ognia pośrednio pojawia się również w czynności założenia czerwonej chustki. Kolor czerwony jest utożsamiany z krwią, czyli życiem, kojarzony jest również z ogniem, którego właściwości apotropeiczne czerwień przejmuje. Wszystkie te czynności mają zostać wykonane w granicznym czasie - przed zachodem słońca.


Do odpędzania choroby wykorzystuje się brzozową gałązkę, która stanowi ekwiwalent młodości i żywotności zażegnało sio, tu gałunzku Brzozowu. [Wacława Wiczołek, Bobowiska, 2010].
W lecznictwie ludowym wykorzystywano rośliny, które zostały poświęcone, co odbywało się dwa razy w roku – w oktawę Bożego Ciała i w dniu Matki Boskiej Zielnej. W pierwszym przypadku zioła święcono pod postacią wianuszków, stąd ludowa nazwa tego święta to wiankowy czwartek, o którym opowiadała jedna z informatorek:
Te zioła to się w wianuszki, zawse w wiankowy czwartek, to z łunk z lasów śmy znosili, wszystko gdzie to. Łoj rozchodnik to było, macierzanka, tom rumionek, kopytnik jakiś, Boże i zwierzyne nawet kadziły, jak przychorowała. Wszystko sie na węgielki kszyło, bo to tych wianuszków było po łosiem, do dziś sio takich wianeczków. To wszystko sio ususzyło i do drugiego roku było i każdy sio tym liczył. Tak było! W wionkowy czwartek tośmy już od rona znosili te rozmaite zioła po łunkach z łunk. [Wacława Wiczołek, Bobowiska, 2010].


źródło: www.astromagia.pl
Ususzone wianuszki wisiały w domu i była to domowa apteka, do której sięgano w razie chorób:


Wiadomo, że był tam rumianek, była macierzanka, macierzanka też była pomocna nie wiem chyba była od brzucha, jak bolał. Cencelija, o cencelija to była jak krowa nie chciała dać mleka, jak miała zapalenie, to właśnie tą cencelije używano. [Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2010].


W lecznictwie ludowym znajdują zastosowanie także akcesoria z innych świąt, jak palma wielkanocna, jabłka święcone w dniu św. Błażeja (3.02) i owies w dniu św. Szczepana (26.12).
W celu przyspieszenia procesu gojenia ran stosowano babkę, bylicę lub boże drzewko, które mieszano z sadłem. Na oparzenia przykładano różne środki: kwiat rogoży, świeżo skrobane ziemniaki. Na zwichnięte miejsca stosowano środek z żywokostu, natomiast w przypadku stłuczeń okłady z prawoślazu lekarskiego.


Na ból głowy i zębów stosowano liście łopianu i szalej, który ma działanie narkotyczne i halucynogenne i prawdopodobnie to wpływało na uśmierzenie bólu. Podobne działanie miał zabieg włożenia w dwie dziurki do nosa piołunu.


Na ból zębów dozowano liście barwnika moczone w winie przez dziewięć dni. Kolejną grupą chorób były dolegliwości żołądkowe, które według Oskara Kolberga w Lubelskim leczono kurzym zielem i pieprzem z wódką. Na biegunkę stosowano kwiaty z krwiciągu lekarskiego, używano w tym celu także koniczyny polnej, lebiody, czarnych jagód.


Jako środek przeciwkaszlowy stosowano była kalina w postaci wywaru bądź gotowanych jagód. Stosowano także płukanki z szałwi, soku koniczyny, chrzanu, maku i lnu, napój z kwiatu lipowego. Rośliny znalazły zastosowanie także w leczeniu chorób kobiecych i w położnictwie. Stosowano je w postaci naparów, okładów, okadzeń. Na nadmierne krwawienie używano naparu z krwawnika, pomocna była również kora dębu. Do kąpieli kobiety po połogu stosowano odwar z leszczyny, natomiast do pierwszej kąpieli dziecka wykorzystywano ziele o nazwie podróżnik.

źródło: davidicke.pl


Przy dolegliwościach skórnych, czyli owrzodzeniach, krostach, kurzajkach dozowano bylicę zrywaną w wigilię św. Jana. Na choroby oczu miały zaradzić okadzania zielem o nazwie sroczka, bądź picie soku z marchwi. Istniały też specjalne medykamenty wykorzystywane w chorobach dziecięcych. Żółtaczkę leczono dodając do kąpieli wygotowaną marchew i tatarkę, natomiast na suchoty stosowano ziele zwane suchotnikiem, dodawano również do kąpieli mech, który trzeba było trzy razy uskubnąć z krzyża stojącego przy drodze. W przypadku, gdy dziecko miało problemy z zaśnięciem, do picia podawano parę ziaren maku lub kładziono makówkę pod poduszkę.

Środki zwierzęce
Udział medykamentów pochodzenia zwierzęcego w etnomedycynie jest znacznie mniejszy niż użycie środków roślinnych. Produkty zwierzęce stosowane były głównie w postaci nieprzetworzonej, choć używano również masła, serwatki. Do leczenia wykorzystywano produkty uboczne uzyskane w trakcie chowu, czyli gnojowicę i ekstremy, a także niektóre organy i części ciała.
Odmrożenia leczono przykładając psie sadło lub smarowano chore miejsce słoniną lub świńską żółcią, przykładano płótno zanurzone w urynie, lub smarowano mózgiem wrony. Na poparzenia stosowano okłady z zsiadłego mleka lub słodkiej śmietany, stosowano także okłady z sadła borsuczego.


Rany cięte okładano słoniną polaną moczem. Liszaje smarowane śliną konia powstałą w momencie, kiedy ten pije wodę. Rany powstałe ze skaleczenia okładano chlebem razowym, zmieszanym z pajęczyną, śliną i świeżym lekiem, lekiem stosowanym w tym przypadku była także maść z konika polnego. W przypadku ukąszenia żmii zalecane było zanurzenie kończyny w zsiadłym mleku lub w wiadrze, gdzie znajdowały się żaby. Kurzą ślepotę leczono trzymając oczy nad garem, w którym gotowała się wątroba wołu lub cielęcia, właściwości lecznicze miała bowiem wydobywająca się para.


W suchotach zalecano spożywanie psiego sadła. W przypadku kaszlu należało pić mleko z masłem, miodem lub smalcem i z czosnkiem. Stosowano takż lek o skaldzie: z żółtko, cukier i wywaru z kwiatu lipy, kiedy to nie pomagało sposobem na kaszel było noszenie na plecach skórek zajęczych. Skórę sarny przykładano natomiast na miejsce bólu kości. Środkiem na bóle reumatyczne miało być ugotowane mięso bociana. Wierzono, że żadna trucizna nie zagraża temu, kto je spożyje. Innym sposobem było przykładanie świńskiego tłuszczu, końskiego, psiego sadła lub pokrzyw w bolące miejsce.

Plaster miodu


Spośród innych chorób, które leczono środkami odzwierzęcymi można wymienić tyfus, który leczono pijąc maślankę, różę, w przypadku której rany i opryszczone miejsca okładano żywym, rokrojonym na pół kretem, ospę, na którą zalecano picie miodu pszczelego, na wrzód w gardle podawano do picia psie odchody. Znany był także zabieg puszczania krwi, najczęściej robiono to przy pomocy pijawek. Miało to pomagać na silne bóle głowy, zaburzenia psychiczne, krosty, wrzody.
Ludwik Stomma analizując recepty etnomedycyny zwracał uwagę na wykorzystanie w nich ekstremów, ze względu na ich mediacyjny charakter. Odchody są bowiem czymś pośrednim, dwoistym, znajdują się na granicy człowiek – nie – człowiek, życie – śmierć. Natomiast ekstremy zwierzęce zawierają w sobie cechy zwierząt, od których pochodzą, i w zależności od nich są aplikowane na poszczególne choroby, na przykład świńskie na bóle żołądka, bowiem świnie wszystko zjadają, ptasie na choroby oczu, bowiem odznaczają się dobrym słuchem itp.

Zabiegi magiczne
Terapia magiczna opierała się na przeświadczeniu o możliwości oddziaływania na przyrodę i człowieka poprzez określony zespół praktyk, które podjęte w odpowiednim miejscu i czasie, przy pomocy odpowiednich przedmiotów i zachowaniu odpowiedniej formuły pociągają pożądanie następstwa, czyli powrót do zdrowia.
Tak jak byli ludzie, którzy mieli złe oczy i spojrzeniem mogli rzucić urok, były również osoby o dobrych oczach, które właśnie te uroki zabierały:
Poszła zrobiła znak krzyża w oborze i przyszła do domu. Te krowy ozdrowiały. [Janina Woch, Wólka Kątna, 2009]
Mojego tate, mojego tate wołały, żeby on zobocył. No widzis, że on miał takie ocy, że jak zobocył to wszystko był w porzundku i cały ton urok, urzekniącie. [Eugenia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2009].
Odczynianiu uroków stanowiło często skomplikowany zabieg o charakterze gestyczno-kinetyczno-werbalnym, w którym dodatkowo wykorzystywano rekwizyty. W trakcie odczyniania nakładają się na siebie różne plany wyrażania i kumuluje się symbolika.


Bardzo często wykorzystywana jest liczba trzy lub jej wielokrotność, która oznacza otwarcie, a przez to ma ułatwić odpędzenie choroby lub złego czaru. Często łączy się ona z obchodzeniem na wspak, czyli wbrew kierunkowi ruchu słońca.
W trakcie magicznego leczenia wykorzystywano przedmioty o charakterze mediacyjnym, czyli takim, który ułatwiał kontakt z zaświatami. Mediacja wiąże się między innymi z obrzędami przejścia. Na każdy obrzęd składają się trzy fazy: wyłączenia, marginesu i włączenia do nowego stanu, miejsca. Osoby, rzeczy i zjawiska, które znalazły się w fazie środkowej, stają się mediacyjne. Jednym z obrzędów przejścia jest ślub, w trakcie jego trwania państwo młodzi znajdują się w środkowej fazie obrzędu, z tego względu zyskują szczególne właściwości nawet ich ubrania, które mogą zostać wykorzystane w trakcie odczyniania uroku:
Ślubnego coś, czy tam jak została jakaś halka, czy tam pończochy, czy tam zostało jakieś coś, to te świnie były tak trzy razy na około i później w drugą strone łodkręcane trzy razy i że to urok ten jakoś tam zginął. Tylko ślubne coś halka czy tam buty. [Janina Woch, Wólka Kątna, 2009].
Osobą odczyniającą uroki często był najstarszy w rodzinie:
Brały tego jedynaka, nie to że jedynaka tylko pirwszy w rodzinie, poszedł i to wszystko, nie w strone słunka tylko pod słunko, i to wszystko łot… Ale nic nie mówił tylko obchodził aby. A nie! Spluwoł na ziomie, trzy razy spluwał na ziomio śline, bo ten urok już odczyniuny jest. [Eugenia Wójtowicz, Wólka Kątna, 2009].
W tej relacji pojawia się ślina, która jest negatywnie odbierana, podobnie sam gest spluwania, na ziemię, do dołu. Gest ten w kulturze jest sposobem wyrażenia złych emocji i pogardy.
A jak dziecko zachorowało, to kładły na podłodze, żeby tam przełazić jakoś i to pomoże. Musi matka.[Marianna Wiśniewska, Olempin, 2009].
Kładzenie i podnoszenie z ziemi symbolizuje ponowne narodziny, przez co następuje wyswobodzenie od uroku. Taką motywację tej czynności podkreśla fakt, że osobą ją wykonującą jest matka – dawczyni życia. Symbolika zawiązywania i rozwiązywania pojawia się w wariancie odczyniania uroków poprzez zawiązanie węzełków:
Jakoś tak na rence, na sznurek, na rence, jak ci poprzekładała, dwadzieścia cztery jeden od drugiego w taki odległości. I wtedy dziadek przywiózł te sznurki i mówi: Weź tak po wymionach i zawiunż im na grzbiecie. I tak zawiunzał. [Marianna Gajda,  Zabłocie, 2009].
Pojawiały się również inne magiczne sposoby leczenia:
Od jęczmieni, które się na oczach robiły, to zawsze czarna nitka musiała być na serdecznym palcu zawiązana. [Elżbieta Wójtowicz,  Wólka Kątna, 2010].
Płaczki, czyli ciągłe i uporczywe płakanie dzieci po nocach, można było wyleczyć w następujący sposób:


I wtedy matka, ktoś z rodziny musiał zrobić takie z gałganków, bo kiedyś takie gałgankowe się robiło, dziewięć lalek, po trzy te lalki związał do siebie, po trzy i potem razem je związał, czyli dziewięć było ich razem i no ktoś musiał pójść z domu i rzucić te lalki na rozstajne drogi, rzucił te lalki. I dopóki nikt tych lalek nie podjął, to to dziecko jakby miało płaczki, a wierzono, że jak ktoś podejmie te lalki to wtedy płaczków nie będzie, płaczki, no zabierze te płaczki. [Elżbieta Wójtowicz, Wólka Kątna, 2010].
Lalki z gałganków

Męczącą dolegliwością był kołtun. Nie wolno było go jednak ścinać, bo może co by się z tego zrobiło, jaki rak czy coś tam takiego, jaki guz. [Stanisław Smolak Wólka Kątna, 2010].


Na ból brzucha jedzono bziocki z palmy. Natomiast ból ucha dziecka matka leczyła pryskając mlekiem z piersi […] nie było żadnego leku żeby to zapalenie łucha, tylko matka swoim pokarmem strzykała tam piersi w ucho i przestawało płakać dziecko, że to tak nie bolało i że to był lek najlepszy. [Janina Woch, Wólka Kątna, 2010].
Ewolucjonista James Frazer, autor Złotej gałęzi stwierdził, że myśleniem ludów plemiennych rządzą dwa prawa: podobieństwa i styczności. Pierwsze z nich mówi, że podobne powoduje podobne, drugie natomiast, że jeśli rzeczy pozostawały z sobą w styczności, to działają na siebie na odległość po rozerwaniu styczności fizycznej. Na tej drugiej zasadzie opiera się znachorska metoda leczenia reumatyzmu:
Koszule brałem mamy. Tak, koszule i przy ty koszuli, czy tam tego ona topiła, wytapiała. [A ten wosk to był pszczeli?] Nie pszczeli tylko ze świcy, gromnicy. [I co z tym woskiem, ona go topiła i co dalej?] A tam o sie świeca paliła, a ona tam odmawiała swoje paciorki. [Stanisława Smolak, Wólka Kątna, 2010].

Magia słowa
W kulturze ludowej słowu przypisuje się sprawczą moc, panuje przekonanie, że może ono zmieniać rzeczywistość, ma na nią realny wpływ. Pozostałością tego wierzenia jest ciągle funkcjonujące przysłowie Nie wywołuj wilka z lasu, które oznacza, że wypowiedzenie pewnych słów w niewłaściwym momencie może mieć widoczne, realne skutki. W medycynie ludowej duże znaczenia miała magia słów stosowana do zamawiania, zażegnywania i odczyniania. Były to pewne formuły i modlitwy odmawiane w trakcie odpowiednich czynności wykonywanych przy chorym. W kulturze tradycyjnej znano wiele takich formułek, choć również spora ich część uległa zapomnieniu, deformacji lub uproszczeniu, ciągle jednak funkcjonują te, których pochodzenie jest archaiczne, przedchrześcijańskie.
Zażegnywanie było formułą słowną, która służyła zapobieganiu urokom. Kiedy niepożądanej siły nie dało się już zażegnać wykorzystywano zamawianie, które polegało na wykonaniu pewnej ilości krótkich skondensowanych czynności, w głównej mierze symbolicznych gestów, oraz wypowiedzeniu formuły ściśle dostosowanej do okoliczności. W formule musiała być taka siła, która mogłaby zmusić nieziemskie moce do uległości, do posłuchu. Dlatego teksty zamówień były lapidarne, skondensowane, mocne, pełne wiary, układane ze znajomością takiego tworzywa, jakim jest słowo. Formułki słowne połączone z wykonywaniem odpowiednich czynności, na przykład wykonanie znaku krzyża, splunięcie, musiały być reprodukowane w odpowiednim czasie (przed wschodem słońca, w czasie pełni księżyca). Istotną rolę odgrywały wskazania ilościowe w odniesieniu do poszczególnych działań terapeutycznych. Była to przeważnie liczba 3 i jej wielokrotności, występowała także liczba 7. Liczby nieparzyste symbolizują zmianę, istotną i oczekiwaną w przypadku odczyniania choroby.
Oto tekst formuły słownej, która ma archaiczną, przedchrześcijańską genezę. Potwierdza to analiza wariantów tekstu dokonana przez Stanisławę Niebrzegowską-Bartmińską. Zwrot do choroby, powtórzył się w każdym z analizowanych wariantów, natomiast rama modlitewna, jak i nawiązanie do apokryficznego wydarzenia z udziałem Jezusa, pojawiało się fakultatywnie. Świadczy to o tym, że pierwotnie funkcjonowała tylko formuła słowna w postaci zwrotu do choroby. Z czasem dołączono do niej elementy związane z religią chrześcijańską. Był to sposób nadania sakralnego charakteru czynnościom magicznym:
Najpierw się odmawia Zdrowaś Maryjo, a potem słowa następujące:
Jechał Pan Jezus na osiołeczku
bez kalinów lasek,
bez zielony mosteczek.
Osiołek się zepśnął
i nóżkę wywichnął.
Najświętsza Panienka bieżała
i osiołka leczyła:
Niech będzie skóreczka ze skóreczką,
Kostka z kosteczką,
Krewka z krewka,
Żyła z żyłą,
Siła z siłą.
- Nie moją mocą,
ino Boską dopomocą
Najświętszej Panienki dopomocą,
I wszystkich świętych dopomocą. [Powtarza się trzy razy]



Literatura:
Bartmińska-Niebrzegowska Stanisława, Wzorce tekstów ustnych w perspektywie etnolingwistycznej, Lublin 2007.


Biegeleisen Henryk, Lecznictwo ludu polskiego, Kraków 1929.


Burszta Józef, Lecznictwo ludowe, [w:] Kultura ludowa Wielkopolski, Poznań 1967.


Engelking Anna, Klątwa. Rzecz o ludowej magii słowa, Wrocław 2000.


Jaguś Inga, Lecznictwo ludowe w Królestwie Polskim na przełomie XIX i XX wieku, Kielce 2002.


Jeszke Jaromir, Lecznictwo ludowe w Wielkopolsce w XIX i XX wieku. Czynniki i kierunki przemian, Wrocław 1996.


Kotula Franciszek, Folklor słowny osobliwy Laskowiaków, Rzeszowiaków i Podgórzan, Lublin 1969.


Kotula Franciszek, Przeciw urokom: wierzenia i obrzędy u Podgórzan, Lakowiaków, Rzeszowiaków, Warszawa 1989.


Libera Zbigniew, Medycyna ludowa. Chłopski rozsądek czy gminna fantazja?, Wrocław 1995.


Moszyński Kazimierz, Kultura ludowa Słowian, t.2, cz.1, Warszawa 1967.


Stomma Ludwik, Antropologia kultury wsi polskiej XIX w., Warszawa 1986.


Tylkowa Danuta, „Bez uroku”. Elementy religijno magiczne w karpackim lecznictwie ludowym [w:] Czas zmiany, czas trwania. Studia etnologiczne, red. Jolanta Kowalska, Sławoj Szynkiewicz, Ryszard Tomicki, Warszawa 2003.


Wilhelm Gaj-Piotrowski, Duchyi demony w wierzeniach ludowych z okolic Stalowej Woli – Rozwadowa i Tarnobrzega, Wrocław 1993.


Wójtowicz Magdalena, Postawa magiczna jako wyraz światopoglądu mieszkańców okolic Markuszowa, praca magisterska napisana pod kierunkiem prof. Jana Adamowskiego, Lublin, UMCS 2010.



Autor: Magdalena Wójtowicz