niedziela, 30 marca 2014

Wspomnienie o Słowianach Połabskich - Obodryci i Wieleci

Oni [Obodryci] jednak niemniej woleli wojnę niż pokój, wyżej stawiając drogą wolność od zupełnej nędzy. Jest to bowiem rodzaj ludzi twardy i wytrwały w trudzie, nawykły do najchudszej strawy, i to, co naszym wydałoby się wielkim obciążeniem, Słowianie poczytują sobie za przyjemność. Minęło zaiste wiele dni, jak wzajemnie walczyli - ci [Sasi] o sławę, i o wielkie i szerokie państwo, a owi [Obodryci] o wolność lub podłą zależność. 
Widukind.


Słowiańskie umiłowanie wolności dostrzegało wielu średniowiecznych kronikarzy. Inną, wybitną i wychwytywaną przez postronnych obserwatorów cechą była waleczność. Obodryci i Wieleci wielokrotnie pokonywani w boju przez pancerne zastępy przeciwników, podnosili się i zwyciężali. Kto wie, czy gdyby na czas dłuższy potrafili połączyć siły, ich losy potoczyłyby się równie dramatycznie. Niestety, na drodze ku osiągnięciu jedności stanęła przeszkoda z rodzaju najtrudniejszych do przezwyciężenia. Nie ma pewności co do tego, czy zapiekłą wzajemną niechęć oba ugrupowania słowiańskie odziedziczyły jako spadek z okresu Wędrówek Ludów, czy też może została ona przez nie nabyta dopiero w nadłabskich siedzibach. To raczej, pozostanie tajemnicą, ale wydaje się, iż nieumiejętność kooperacji stała się jedną z przyczyn upadku tak jednych, jak i drugich. Nim jednak do tego doszło, przez długie lata opierali się naporowi germańskich sąsiadów. Ba! Bywały okresy kiedy to Słowianie jawili się jako strona aktywniejsza i bardziej agresywna.
Około przełomu VI i VII stulecia nad większością ziem dzisiejszych zachodnich Niemiec twardą ręką sprawowali władzę królowie Franków. W owym czasie na skrajnie wschodnie plemiona germańskie, niepodległe jeszcze, lecz osłabione wydarzeniami z dziesięcioleci poprzednich, nacisnęły potężnie zbrojne słowiańskie masy (1). Ziemie pomiędzy Odrą, wybrzeżem Bałtyku oraz Łabą i Salą w niedługim czasie zostały zdominowane przez przybyszów ze wschodu. Część dotychczasowych mieszkańców wycofała się poza zasięg Słowian, wielu zapewne poległo, inni pozostali w swych siedzibach i z czasem stopili się z najeźdźcami (2).
Łupieżczych wypraw nie powstrzymała szeroko rozlana Łaba. Związane z nimi nieprzyjemności stały się udziałem Sasów i Turyngów. Na spustoszone tereny przenikało słowiańskie osadnictwo, a współcześni mogli przypuszczać, iż nic nie powstrzyma dalszych postępów groźnych napastników. Dopiero działania Karola Wielkiego (wyprawa przeciw Wieletom z 789 r oraz budowa limes Saxonicus i limes Sorabicus) przyniosły jako taką stabilizację. W związku z poczynaniami tego wielkiego władcy oraz jego następców powstawały dokumenty i utwory narracyjne, stanowiące pierwszorzędne i tak naprawdę najwcześniejsze źródła do dziejów interesującej nas tutaj północnej Połabszczyny w dobie słowiańskiej. Z nich to właśnie dowiadujemy się, iż pod określeniami "Wieleci" i "Obodryci" kryło się kilkanaście mniejszych plemion. Dołężanie, Obodryci, Wagrowie, Połabianie, Glinianie, Redarowie, Czrezpienianie, Warnowie i inni tworzyli swoistego rodzaju konfederacje skupione wokół najznaczniejszego szczepu, czerpiącego swą siłę z liczebności, powodzenia wojennego, bogactwa materialnego bądź szczególnej opieki bóstw. Granice związków i przynależność poszczególnych plemion do określonego ugrupowania bywały dość zmienne. Niektóre szczepy w ogóle nie wchodziły w skład jednej czy drugiej konfederacji, ale aż po XI stulecie w związkach Obodryckim i Wieleckim prym wiedli odpowiednio Obodryci (właściwi) i Redarowie. Informacje z doby karolińskiej pozwalają nam również na przyjęcie wniosku, iż u obu odłamów ustrój ewoluował w kierunku władzy monarchicznej. O ile jednak ta forma rządów przetrwała u Obodrytów przez następne stulecia, o tyle u Wieletów, pomiędzy latami 40-tymi IX w a 30-tymi X w nastąpił przełom (3), w wyniku którego decyzje polityczne przeszły bezapelacyjnie w ręce wiecu i kasty kapłańskiej.
Wiek X otwiera na północnym Połabiu epokę krwi i żelaza. Walki w obronie niezależności, klęski militarne, narzucenie władzy cesarskiej i chrześcijaństwa przeplatają się z powstaniami, świetnymi zwycięstwami nad sąsiadami, udanymi interwencjami zbrojnymi oraz restytucją pradawnych wierzeń. Mimo zaangażowania olbrzymich sił i środków przez ościenne państwa, Słowianie jeszcze raz wychodzą z opałów obronną ręką. Dochodzi do tego, że mimo zadeklarowanego pogaństwa stają się pożądanym sojusznikiem książąt czeskich, królów duńskich a nawet arcychrześcijańskich cesarzy niemieckich. Dzieje się tak ze względu na siłę militarną jaką reprezentują oraz bezwzględność okazywaną przez nich wobec każdorazowego wroga; kimkolwiek by on nie był.
Przyczyn powodzenia Wieletów i Obodrytów w tym czasie należy upatrywać nie tylko w kłopotach sąsiadów, ale - jak przypuszczamy - również w okresowej "wydajności" mechanizmów wewnętrznych. Zwycięskie powstania wywołane w akcie desperacji przeciw nowym porządkom umocniły wśród mas wiarę w opiekujących się nimi "bogów". Ustrój wiecowy dawał mniejszy lub większy lecz rzeczywisty wpływ na podejmowanie decyzji i tym samym na rozwój wydarzeń. Demokratyczna organizacja społeczna pozwalała na lepsze wykorzystanie potencjału w przypadkach konfliktów zbrojnych. Jednostki przedsiębiorcze, choć skrępowane w pewnym zakresie wolą ludu, nie musiały obawiać się przemożnej woli króla lub księcia. Dodatkowo, toczone wojny stanowiły znaczące źródło przychodów nie obciążone obowiązkami wobec władzy zwierzchniej. Nawet wśród Obodrytów, posiadających przecież instytucję władcy, opisane uwarunkowania decydowały o sile związku, gdyż książę raczej panował niż rządził. Ze świadomością różnic pewną analogię odnajdujemy w sile ustroju rewolucyjnej Francji, która w pojedynkę odpierała interwencje połowy Europy i niekiedy potrafiła skutecznie kontratakować.
Opisany powyżej stan nie trwał jednak zbyt długo. Model wiecowo-teokratyczny, a w przypadku Obodrytów wiecowo-książęcy, powoli ulegał wyczerpaniu. Naturalne dążenia jednostek, kulturowe oddziaływanie zewnętrzne, sąsiedzkie intrygi i różnice wewnętrzne dały o sobie znać najpierw u Wieletów. Wojna domowa jaka wybuchła prawie natychmiast po wielkim zwycięstwie nad Sasami pod Przęcławą (1056) spowodowała interwencję ościennych czynników, olbrzymie zniszczenia materialne i straty ludzkie. Nieszczęść dopełniło splądrowanie świątyni Swarożyca (1067) i kolejne zamieszanie domowe (1073). Od ósmego dziesięciolecia XI w. resztki groźnego niegdyś Związku Wieleckiego pozostawały w defensywie. Kryzys w krainie Obodrytów miał nieco inny przebieg i mimo ciężkich objawów został w znacznym stopniu przezwyciężony. Stało się tak m.in. dlatego, że w tym odłamie Słowian Połabskich żyła tradycja rządów monarchicznych, czyli tej formy ustroju, która lepiej odpowiadała ówczesnym potrzebom.
Osłabienie sił Wieletów zostało skwapliwie wykorzystane przez sąsiadów. Władcy Pomorza Zachodniego, książęta sascy, Brandenburczycy, Ranowie oraz Obodryci w pojedynkę lub w koalicjach dokonywali najazdów, a z czasem i zaborów ziem zamieszkiwanych przez plemiona tworzące w niedalekiej przeszłości potężny Związek. Pewien - dokładniej nieznany - udział w tym rozszarpywaniu "postawu wieleckiego sukna" miała też Polska pod rządami Bolesława Krzywoustego. Ostatecznie pod koniec drugiej połowy XII w nie było już skrawka niepodległej ziemi wieleckiej. Tereny zamieszkiwane przez plemiona tworzące wcześniej konfederację obodrycką znalazły się w przeważającej mierze pod władzą następców Niklota, ostatniego władcy walczącego o pełną niezawisłość, i od nazwy stołecznego grodu Mechlin przybrały z czasem miano Meklemburgii. Nie były to jednak organizmy w pełnym tego słowa rozumieniu niepodległe, gdyż zarówno w sferze polityki wewnętrznej jak i zewnętrznej uzależnione były od woli książąt saskich.
Analizą przyczyn upadku niezależnego bytu omawianego odłamu Słowiańszczyzny w tym miejscu nie będziemy zajmować się szerzej. Wystarczy zauważyć, że powodów było dość sporo. W naszej opinii najważniejsze z nich to: trwanie przy archaicznych treściach i formach religijnych, brak silnej władzy typu monarchicznego, stosunkowo niski poziom zaawansowania gospodarczego, względnie niewielki potencjał ludnościowy i terytorialny, ekspansywni sąsiedzi. Kumulacja tychże uwarunkowań czyniła z Północnego Połabia niejako strefę frontową, w której o poważnej stabilizacji można było jedynie pomarzyć, a labilne stosunki generowały konflikty wewnętrzne, z których na ogół zwycięsko wychodziły siły tradycjonalistyczne czy - mówiąc nieco inaczej - konserwatywne. Zwyciężały, lecz ich tryumfy należałoby nazwać pyrrusowymi. Przypieczętowało to los Wieletów, a w przypadku znacznej części Obodrytów doprowadziło do podjęcia przez lokalnych władców dzieła reform w oparciu o siły cudzoziemskie. W obu przypadkach żywioł słowiański znalazł się w obozie przegranych, a historię tych ziem poczęli pisać przybysze spoza słowiańskiego świata. Czy jednak ci ostatni zagarnęli spadek po swych poprzednikach i wchłonęli resztki dotychczasowych mieszkańców w tak szybkim tempie jak to się na ogół przyjmuje?
Przedstawiciele nauki niemieckiej reprezentowali, i właściwie reprezentują do dziś, pogląd o dość - użyjmy tu roboczego określenia - ekspresowym przebiegu wynarodowienia potomków Wieletów i Obodrytów (4). Według rozpowszechnionych twierdzeń pod koniec XIV stulecia na przestrzeni pomiędzy dolną Łabą a dolną Odrą nikt lub prawie nikt mowy słowiańskiej już nie używał. Wprawdzie Bernhard Brügger w pracy "Feudale Expansion und Migration  am Beispiel des mittelalterlichen Mecklenburg-Vorpommern" (5), opisując proces kolonizacji ziem północnej Połabszczyzny podnosił fakt istnienia słowiańskiej mniejszości na tych obszarach jeszcze w XIV w., ale zaraz dodawał, iż imigracja z krajów Rzeszy była tak masowa i powszechna, że w niedługim, bo liczonym w dziesiątkach lat czasie, kraj stał się całkowicie niemieckim. O ile wiemy, sprawa nie jest taka prosta.
Analiza źródeł nie pozwala nam zapomnieć, iż pierwszą falę przybyszów stanowili przede wszystkim przedstawiciele rycerstwa niemieckiego wraz ze zbrojnymi załogami (6). W to, że nie byli oni w stanie zmienić znacząco stosunków etnicznych na kontrolowanych terenach chyba nikt rozsądny wątpić nie powinien. Właściwie aż po sam schyłek XII wieku prawie nic się w tej kwestii nie zmieniło. Powstanie kilku ośrodków miejskich i nielicznych wsi z ludnością niesłowiańską stanowiło istotną zmianę jakościową lecz nie ilościową. Dopiero przełom stuleci przyniósł pierwszą większą falę obcego osadnictwa. W wielu rejonach były to jednak głównie osoby przybywające do istniejących już ośrodków. Szansa na wzbogacenie się, a tym samym awans społeczny poprzez uczestnictwo w nieznanych na północnym Połabiu rozwiązaniach ustrojowych podniecać musiały mnóstwo, ale ilu z nich zdecydowało się na pobyt w tym, jakby nie było, obcym i dzikim środowisku? Pewnie uczynili to najodważniejsi. Tych, jak to zwykle bywa, nie mogło być zbyt wielu.
Lubeka (1143), Schwerin (1160), Rostock (1218), Wismar (1226/1229), Greifswald (1250), Wołogoszcz (1282) stały się przyczółkami niemczyzny. Ich mieszkańcy bogaci wiedzą, doświadczeniem i kapitałem, stopniowo poczęli wpływać na stosunki gospodarcze w pobliskich okolicach. Zmieniali przez to przyzwyczajenia słowiańskiej ludności, ale o głębokich przemianach kulturowych dokonanych rzekomo w bardzo krótkim czasie mówić nie sposób. Dlaczego? Nowoczesne badania dowodzą, że jeszcze dziś zasięg bezpośredniego intensywnego oddziaływania dużych ośrodków miejskich nie przekracza z reguły 20-30 km (7). Do tej granicy ludność okoliczna jest związana z miastem wieloma zależnościami. Bywa w nim, pracuje, korzysta z rozrywek, zasięga porad lekarskich, załatwia sprawy urzędowe, dokonuje zakupów. Im odległość większa tym więzi z centrum regionu słabną. Rolę ognisk gospodarczych i kulturotwórczych przejmują ośrodki mniejsze, lokalne. Z drugiej strony mieszkańcy dużych miast w swej masie z rzadka kontaktują się w celach służbowych lub prywatnych z ludźmi spoza najbliższej okolicy. Wyjątek stanowią przedstawiciele elity gospodarczej, dla których relacje z ich odpowiednikami nawet w odległych rejonach są często bardziej intensywne niźli z mieszkańcami sąsiednich ulic. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można zaryzykować tezę, że nie inaczej bywało przed setkami lat. Biorąc pod uwagę doświadczenie historyczne trzeba powiedzieć więcej. Siła i zasięg oddziaływania nawet sporych miast w średniowieczu były znacząco mniejsze. Nie istniały przecież gazety, radio, drogi ekspresowe, zakłady produkcyjne zatrudniające setki i tysiące osób, a przemierzenie 50 km stanowiło nie lada wyzwanie. Określone znaczenie posiadał niewątpliwie fakt, że średniowieczne urbs nie stanowiło integralnie zespolonych elementów poszczególnych władztw terytorialnych. W sensie kulturowym, gospodarczym, prawnym i po części mentalnym było specyficzną autonomią, przez co w zakresie społecznym daleko było im do dzisiejszej otwartości. Zdarzało się zatem, iż nieopodal wielkich, bogatych i gwarnych miast rozpościerały się obszary, gdzie życie biegło torem niezmienionym od dawien dawna. Aby nie pozostać gołosłownym ... Jeszcze około roku 1900 kilkanaście kilometrów od Wrocławia, tj. jednego z największych miast Niemiec, w Kątach Wrocławskich i Gniechowicach żyła rodzima ludność słowiańska! (8). Przykład to nieco odległy ale symptomatyczny i jakże pouczający.
Do germanizacji Słowian na ziemiach wieleckich i obodryckich miał w istotny sposób przyczynić się Kościół. Z dostępnych informacji dowiadujemy się, że początki chrystianizacji na tych terenach nie były łatwe. Nienawiść do religii Sasów była olbrzymia, i to nie tylko ze względu na przywiązanie do dawnych bóstw ale także, a może przede wszystkim, z powodu poczynań ludzi mających się za wyznawców Chrystusa. Sam Helmold ubolewa nad tym, że: "...[Książę Bernard i margrabia Teodoryk ludy Słowian]... prześladowali tak okrutnie, że wreszcie poczuły się zmuszone wyzwolić się z więzów niewoli i z bronią w ręku bronić wolności". (9). Książę obodrycki Henryk Gotszalkowic, sam chrześcijanin, panował nad ludem tak zawziętym, iż w całym kraju tolerowano jedynie pojedynczą świątynię służącą władcy i jego najbliższemu otoczeniu. O wieleckiej nieprzyjaźni względem krzyża kroniki wspominają wielokrotnie (10). Wątpić zatem należy, że gdy utracono niezależność polityczną ludność natychmiast przystąpiła do chrztu świętego. Jeśli nawet większość została z woli własnej lub pod przymusem ochrzczona, to z pewnością nie przyjęła gremialnie z dnia na dzień nowych wartości i nie uznała za swoje głoszonych zasad postępowania. Potwierdzają to pośrednio dzieje chrystianizacji Słowian w Turyngii pozostających pod władzą niemiecką od VIII w., którzy jeszcze ponad trzy stulecia później pozostawali w gruncie rzecz poganami. Podobnie zresztą działo się w państwach słowiańskich. Czescy władcy zmagali się z resztkami pogaństwa jeszcze w początkach XII w. Na Rusi, mimo oficjalnego przyjęcia chrztu w roku 988, o pełnej chrystianizacji plemienia Wiatyczów możemy mówić dopiero od XIV w. (11). Wiemy również, że najbliżsi niesłowiańscy sąsiedzi Obodrytów, a więc północni Sasi (Szturmarowie, Holzaci, Ditmarsze), zaliczani do kręgu kultury chrześcijańskiej od czasów Karola Wielkiego, przechowali pogańską mentalność, a nawet zwyczaje - jak stwierdza proboszcz z Bozowa - aż po wiek XII! (12). Widzimy więc, że przywiązanie do starożytnych wierzeń wśród ludów naszej części Europy było niezwykle mocne (13), a w przypadku północnych Połabian dodatkowo odgrywało istotną rolę jako kontrapunkt wobec wartości reprezentowanych przez najeźdźców.
Innym utrudnieniem w procesie pozyskiwania dusz była rzadka sieć parafialna. Pojawiali się co prawda tacy duchowni jak biskup Berno ze Schwerina, którzy w niedługim czasie po upadku słowiańskiej niezależności zabierali się do likwidacji dawnych kultów i organizowania struktur kościelnych, ale działania te zwykle ograniczały się do niewielkich terytoriów i efekty nie zawsze bywały trwałe. Gdy przyjrzymy się datom erygowania świątyń na interesujących nas obszarach widzimy wyraźnie, że w niektórych okolicach "wysyp" kościołów poza ośrodkami miejskimi przyniosła dopiero druga połowa XIII w. Oczywiście, przed owym czasem na terenach wiejskich istniały niewielkie, często drewniane kościółki z tym wszakże, że ich znaczenie było raczej symboliczne. Skoro organizacja parafialna z prawdziwego zdarzenia poczęła powstawać kilkadziesiąt lat po podboju, to i do tego okresu trwał pewnie swego rodzaju pat pomiędzy Starym i Nowym. Niewielka ilość kleru (w tym zakonnego) posługującego się słowiańską mową (14), nie mogła skutecznie pozyskiwać nowych dusz i miała też pewnie trudności z zapewnieniem opieki duszpasterskiej już nawróconym. Należy zatem z pewną ostrożnością przyjąć, iż przynajmniej przez jedno lub nawet półtora stulecia wpływ kulturowy Kościoła, realizującego swe powołanie w oparciu o napływowe duchowieństwo, na ogół słowiańskiej ludności - a już wieśniaczej szczególnie - nie był zbyt duży.
Prawdziwe piętno na strukturze etnicznej kraju odcisnęły instytucje kościelne poprzez swą działalność gospodarczą. Obejmując w posiadanie znaczne połacie ziem wieleckich i obodryckich starały się bardzo często uporządkować stosunki ekonomiczne na wzór dominujących na zachód od Łaby. Aby to osiągnąć nie wystarczyło narzucić nowych rozwiązań rodzimej ludności. Ściągano zatem germańskich chłopów, którzy porzucając gdzieś pod Bremą lub Utrechtem niewielkie gospodarstwa i wściekle dokuczliwych panów polepszali niewątpliwie swoja dolę. W nowych dziedzinach uzyskiwali czasowe zwolnienia i obniżenie wymiaru dotychczasowych powinności, ale mimo to stanowili dla członków kapituł, klasztorów i biskupstw bardzo pożądany element, gdyż zasilali skarbce brzęczącą monetą. Dotychczasowi gospodarze jako mniej przydatni pod tym względem, często traktowani bywali jak żywy inwentarz. Odbierano im rolę, zakazywano korzystania z pastwisk, sprzedawano w niewolę lub po prostu wyrzucano ze wsi nie troszcząc się o ich los (15). To, tak nie ewangeliczne postępowanie znajdywało - niestety - poparcie u najwyższych czynników. Np. papież Celestyn III w liście z 1197 roku adresowanym do jednego z panów meklemburskich osadzającego gwałtem chłopów niemieckich we wsiach słowiańskich, wspierał te poczynania i uważał, że należy tak działać po to "...aby słowiańskie barbarzyństwo i nieczystość dziczy pogańskiej z obrębów chrześcijaństwa usunąć". (16)
Od początku XIII stulecia zjawisko kolonizacji chłopskiej w majątkach kościelnych przybrało masowy charakter. W żadnym jednak razie nie należy przyjmować, iż w wyniku tego procesu - jak twierdzą niektórzy badacze tematu - całość interesujących nas obszarów zasiedlona została przez niesłowiańskich mieszkańców. Sumienne podejście do zagadnienia pozwala bowiem na wyciągnięcie odmiennych wniosków. Co do pojawienia się licznych osadników zza Łaby nie ma żadnych wątpliwości. Czy jednak w ciągu XII i XIII w. przybyło ich na omawiane tereny kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy trudno orzec (17). W każdym razie szacunki oparte na założeniu: osada na prawie niemieckim = osada z ludnością niesłowiańską, należy włożyć między bajki. Dla zobrazowania naszych słów niech posłuży konkretny przypadek. Około roku 1230 na polecenie biskupa z Ratzeburga sporządzono rejestr podatkowy, który objął ziemie podległe jego zwierzchnictwu (18). Okazało się, że jedynie w krainach Jabel i Derzink chłopi w swej masie regulowali zobowiązania wobec biskupstwa wg słowiańskiego obyczaju, tj. w postaci trzech korcy żyta, motka lnu, kury i solida/szylinga. Na pozostałych terytoriach niemal wszystkie wsie posiadały podział na łany i uiszczały dziesięciny według prawa niemieckiego (19). Fakt ten posłużył wielu badaczom jako podstawa do twierdzenia, iż żywioł słowiański w tym rejonie już w początkach XIII stulecia był w zaniku. Jeśli jednak przypomnimy sobie, iż posiadanie prawa niemieckiego przez daną osadę nie musiało wykluczać zamieszkiwania jej przez ludność rodzimą (20), większość miejscowości wymienionych w rejestrze nosiła nazwy pochodzenia słowiańskiego (21), istnieją przekazy potwierdzające występowanie licznych Słowian na "zgermanizowanych" terytoriach wiele lat po sporządzeniu spisu (22), to pro-asymilacyjne wnioski nie wydają się już tak oczywiste. Więcej nawet! W świetle analizy wspomnianego dokumentu jawią się jako mocno przesadzone (23). Równie trudnym do obrony jest twierdzenie, że tam gdzie nie można było zgermanizować ziemi, germanizowano w krótkim czasie ludność. Taki np. cysterski klasztor w Zarrentin znany był z ogromnej niechęci do ludności tubylczej. Mimo celowych działań dyskryminujących słowiańskojęzycznych chłopów jeszcze w XIV stuleciu dobra zakonnic zamieszkiwali liczni autochtoni (24).
Pamiętać winniśmy, że totalne negowanie przeobrażeń oblicza etnicznego interesujących nas ziem, zachodzących w czasie dwóch pierwszych stuleci po utracie niezależności politycznej, byłoby zajęciem jałowym. Nie da się bowiem pominąć milczeniem doskonale znanych faktów. Mówią one, iż najwcześniej sile oddziaływania niemczyzny uległy dwory panujących (25). W ślad za nimi poszły możne rody i nieco później drobna szlachta. Ilustracją tego procesu mogą być zmiany zachodzące w najbliższym otoczeniu panujących (26). Orszak księcia Niklota (Mikołaja) Rostockiego w początkowym okresie sprawowania przez niego władzy składał się prawie wyłącznie ze Słowian. Żyrosław, Radosza, Radomir często towarzyszyli swemu panu. Podobnie, Henryk Borwin I, jego syn oraz Jan I zwany Teologiem przy podejmowaniu decyzji radzili się Wancka, Domasza, Palicza, Kuzicza, Unisława, Wołczka, Cieszymira, Janika, Wartusza, Sławociecha, Wysza, Dumamira, Stoisława. Nie inaczej działo się w otoczeniu książąt zachodniopomorskich (27). Od przełomu XII i XIII w. na dworach pojawia się coraz więcej cudzoziemców (28). W drugiej połowie XIII stulecia obcy zdobywają przewagę, a rodzimi możni odsuwają się lub zostają odsunięci. Widać to wyraźnie na przykładzie likwidacji organizacji kasztelańskiej na Pomorzu Zaodrzańskim. Urzędy kasztelanów, od czasu zapożyczenia tejże instytucji z Polski, piastowali przedstawiciele rodzimego rycerstwa, a przebudowa ustrojowa polegająca m.in. na rezygnacji z podziału kraju na te jednostki administracyjne pozbawiała słowiańskie rody, których przedstawiciele sprawowali kierownicze funkcje, możliwości wpływania na politykę władców. Nowe regulacje wzorowane na doświadczeniach zachodnich sprzyjały obsadzaniu stanowisk przez cudzoziemców obeznanych z wprowadzanymi mechanizmami. Wytwarzała się więc sytuacja, w której wykonawcami woli książąt stawały się osoby w żaden sposób nie związane z lokalnymi społecznościami. Nie czuły się one również zobowiązane do przestrzegania miejscowych zwyczajów i tradycji, wspierając za to te rozwiązania i tych ludzi, którzy byli im mentalnie i językowo najbliżsi. Takimi osobami bywali oczywiście sascy, holenderscy, flamandzcy, fryzyjscy i nadreńscy koloniści. Ofiarami nowych porządków padli m.in. kasztelanowie: Sulisław z Uznamia, Nizul z Dymina, Pręca z Choćkowa, Mirosław z Wołogoszczy (29).
Analiza dokumentów z XIII i XIV stulecia tyczących osad wiejskich, od Lubeki po granice Brandenburgii, prowadzi do smutnych wniosków. Znacząca część posiadłości znalazła się w rękach napływowego rycerstwa germańskiego. Odnajdujemy wprawdzie słowiańskich posiadaczy (np. Jaroslaus de Kalant i brat jego Rademarus, Dargemoizle de Clodram, Subislaus de Pustekow, Janeke Stoizlaviz, Jaroslaus de Walow, Tzesa de Zernin, Pritzbur von Kargow, Pritzbur i Dubeslav von Kelle, Ratislaus de Zance), lecz na podstawie wspomnianych materiałów trzeba stwierdzić, że równowaga w tym zakresie została istotnie zachwiana. Obrazu nie odmienia podejrzenie, iż pod niektórymi chrześcijańskimi i z niemiecka brzmiącymi imionami kryją się połabscy rycerze (np. Heinrich Gamma (30), Jerdagh z Wilemstorf, Marquardus Smedike, Timme Cruc, Gotemerus de Ritsoe, Zabel de Plawe, Hermann Ribe czy Ghesen (31), pani na Buckow). Nawet jeśli uwzględnimy fakt, iż w źródłach występują przeważnie osoby najbardziej wpływowe, majętne, darzone szczególnymi względami władców, a tym samym reprezentujące element obcy, to wydaje się, że w ciągu XIV stulecia mimo występowania rodzimego rycerstwa tak na zachodnich (Tessemar Grabowe) (32), wschodnich (Henning Borke) (33) jak i południowych (Droysecko i Sloteko) (34) kresach północnego Połabia, znaczna ilość słowiańskich rodów rycerskich uległa germanizacji (35). Pragniemy podkreślić słowo "znaczna", bo o całkowitej i powszechnej asymilacji tej warstwy społecznej jeszcze w tym okresie mowy być nie może. Jak łatwo o pomyłkę dowodzi przykład rycerzy-rodowców: Janekina Longus, Nicolausa Longus, Lemmekinusa, Hincekinusa, Thydericusa, Cunradusa de Lypa, Thydericusa Jermiz i Tessekinusa Kucker, którzy w roku 1330 zrzekli się praw do majątku Jazki w północnej Meklemburgii i jak wyraźnie podkreśla źródło byli Słowianami (36).
Stwierdzenie, iż proces asymilacji dokonał się najwcześniej na północno-zachodniej granicy osadnictwa słowiańskiego należy uznać za nie rozmijające się z prawdą. W Wagrii, bo o niej mowa, tak ciężko doświadczonej podczas walk opisywanych przez Helmolda, jeszcze w roku 1263 w pobliżu Stargardu znajdujemy rycerza Tote wraz ze synami, którzy podtrzymywali obyczaje słowiańskie (37). Czy takich rodzin było więcej? Tego, niestety, nie wiemy. Przypuszczamy za to, że w tej krainie pielęgnowanie przez szlachtę słowiańską dziedzictwa kulturowego i językowego jawiło się jako niezwykle trudne. Gleby w niej były, i są do dziś, dość urodzajne, ludność rodzima została zdziesiątkowana podczas walk o wolność, osadnicy z zachodu pojawili się już w pierwszej połowie XII w., a zdobywcy wprowadzali wobec rdzennej ludności sankcje rzadko spotykane nawet w średniowieczu. Szczególnie niekorzystnym uwarunkowaniem była naprawdę liczna rzesza kolonistów rozsiadłych po wsiach i miastach Wagrii (38). Tradycji strzegły bowiem zwykle te rodziny, których posiadłości oraz siedziby leżały z dala od dworów książęcych, miast, klasztorów i skupisk germańskiej ludności wiejskiej. Znamy takie przykłady z okolic Wredenhagen, Dymina, Grimmen i wyspy Uznam, gdzie w roku 1389 spotykamy rycerza Biezprawa Zwierzyna, a prawie pół wieku później Janka Zwierzyna i jego siostrę Sofkę (39). W ziemi wkrzańskiej jeszcze w drugiej połowie XIV w. pojawiają się w dokumentach słowiańscy rycerze (Recław i Biespraw) (40). Pod koniec XIV stulecia jako świadek w dokumencie wystawionym w Greifswaldzie występuje Dubberitz de Slaweke (41). O rodach Ga(e)mbów, Kamyków, Sumów i Zająców, dzięki zachowanym źródłom wiemy, że długo opierały się germanizacji. Jest zatem prawdopodobnym, że w zapadłych rejonach między Łabą a Odrą herbowi używali mowy swych przodków aż po wiek XV.
Nim przejdziemy do rozważań na temat zaniku słowiańskiej ludności we wsiach i w miastach zaznaczmy, iż nie zawsze dysponujemy jednoznacznym i nie budzącym wątpliwości materiałem. Często-gęsto muszą wystarczać nam wskazówki pośrednie. Gdy braknie np. wyraźnego potwierdzenia, iż dana osoba posługiwała się słowiańską mową lub wprost określona została jako pochodząca ze Słowian, musimy posiłkować się kontekstem, okolicznościami i miejscem, z powodu których człowiek ten zaistniał w źródłach. Innym razem wykorzystujemy informacje z zakresu prawa i analogie z innych części Europy środkowej zajętych przez słowiańskie osadnictwo (42). Odrzucenie takiego trybu postępowania mogłoby zaowocować wieloma pomyłkami. Za przykład niech posłuży świadectwo wspominające o mieszkańcu Rostoku Johannusie Bisterwald, którego bez wyraźnego zaświadczenia źródła nie moglibyśmy uznać za Słowianina (43).
Wspomnieliśmy nieco wcześniej, że pierwsze lokacje miast nie odmieniły rewolucyjnie stosunków etnicznych na ziemiach wieleckich i obodryckich. Tak Lubeka, Schwerin, Rostok, Ratzeburg, Wismar jak i Wołogoszcz w ciągu pierwszych dziesięcioleci przypominały wyspy na słowiańskim morzu. Grupy kupców oraz rzemieślników dysponujących wiedzą i umiejętnościami nieznanymi dotąd na wschód od Łaby stanowiły pożądany element dla władców Wagrii, Meklemburgii, Pomorza Zaodrzańskiego i Brandenburgii. Na drodze negocjacji obie strony zyskiwały istotne korzyści. Mieszczanie: wyodrębnienie prawne, przywileje gospodarcze i sądownicze, a panujący: źródło dochodów i rezerwy militarne. Już w owym czasie zaznaczało się dążenie obywateli miast do zamykania "Wendom" dostępu do stanu mieszczańskiego. Działania w tym kierunku były dość skuteczne jeśli chodzi o patrycjat i warstwy średnie, ale wśród plebsu - od najwcześniejszego okresu - spotykamy przedstawicieli żywiołu słowiańskiego. Bandan, Thechaze, Janeke i Voiceke w Rostoku (1289) oraz Sando (1248), Domaslaus (1264) i Borko (1275) z Greifswaldu są tego przykładem.
Z biegiem lat sieć ośrodków miejskich gęstniała. Powstały: Anklam, Parchim, Grevesmühlen, Bützow, Wredenhagen, Wittenburg, Boizenburg, Dömitz, Uckermünde, Goldberg, Plau, Güstrow, Gnoien, Prenzlau, Stavenhagen, Penzlin, Strelitz, Crivitz, Stolpe, Neustadt, Dobbertin, Waren, Grimmen, Gadebusch, Neukloster, Ribnitz, Stargard, Dammgarten... W wielu z nich żyli i pracowali Słowianie: Welig z Demmin (1299), Thiduste (1359), Dargaz i Loubatz (1364) z Rostoku, Saruetz w Crivitz (1443), Guthan, Carnatz, Cobabe z Dobbertin (1567), Milatze w Eldenie (1584), Krull z Gadebusch (1496), Rodhan z Grabow (1558), Polcatze (1436), Gramule (1454), Nemoige (1457) z Güstrow, Giartz (1550) z Hagenow, Bowchate (1489) i Gulian (1569) w Parchim, Lossute (1496) z Penzlin, Nechayg (1499) ze Schwerina, Benne (1453) i Frusnick (1496) z Wittenburg, Dubbeslaff, Redslaff, Sieleslaff, Sulmar, Slaweke, Tesslaff, Tessmer, Wend (XVI w.) z Anklam, Kolmetze i Tzeleke (1567) z Wredenhagen (44). Wbrew funkcjonującym stereotypom nie stanowili oni wyłącznie pogardzanej ludności podmiejskich "wików". Księga miejska Rostoku zawiera XIV-wieczne zapisy o zamożnych mieszczanach pochodzenia słowiańskiego (wspomniany wyżej Johannus Bisterwald oraz Petrus Loubaz, Banden Slawus i Radeke Wend) (45).
Jest pewnym, iż przytoczone przykłady w żaden sposób nie wyczerpują listy śladów słowiańskiej obecności w miastach. Zdaje się nawet, że przyjęcie wersji o sporadycznym pojawianiu się Wendów w ośrodkach miejskich północnego Połabia byłoby nieuzasadnionym uproszczeniem. Wiemy przecież, że w naszym kraju wiele miast na całe setki lat zdominowanych zostało przez niemieckich mieszkańców. Pomijając stosunki panujące w Gdańsku, Toruniu lub nawet w Krakowie (46), zwróćmy uwagę na ośrodki mniejsze. Zdawać by się mogło, że prowincjonalne miasta i miasteczka nie przyciągały różnoplemiennych mas tak silnie jak wymienione powyżej wielkie ośrodki. A jednak! Przywołując przykład Biecza zaobserwujemy, iż zachowane średniowieczne księgi miejskie "potwierdzają" dominację niemczyzny w kraju jak najbardziej słowiańskim. Otóż, na prawie 700 imion i nazwisk, jako bezsprzecznie germańskich uznać wypada ponad 400! Czysto polskich... ledwie 78. Niezorientowany w kontekście badacz mógłby, a nawet powinien wywnioskować, iż zajmuje się oto losami jakiejś niemieckiej krainy. Jak wiemy, Biecz leży i leżał w szczerze słowiańskich stronach. Biorąc powyższe pod uwagę utwierdzamy się w przekonaniu do tezy o zbyt wąskim spojrzeniu, a raczej, zbyt dogmatycznym podejściu do źródeł wykorzystywanych przy próbach opisu rzeczywistości etnicznej pod naszą szerokością geograficzną (47). Na dowód tego, można odwołać się do - jak sądzę - mało znanych przypadków.
Na ogół przeważa opinia, że nie może być mowy o istnieniu mniejszości słowiańskiej w "miastach wendyjskich" po XVI stuleciu. Nazwiska mieszczan wismarskich utrwalone w wykazie z roku 1689 w związku z poborem podatku na wojnę z Turkami pozwalają na ostrożne lecz przeciwne wnioski. Otóż, Hinrich Gustmer, Bartelmes Koß, Johann Garnatz, Johann Podry, Jochin Teßmer, Hinrich Tucloff i Jürgen Vendt noszą nazwiska uwierzytelniające podejrzenie o słowiańskie pochodzenie. Równie ciekawą sytuację obserwujemy w Grimmen. W ośrodku tym żyli: D. Ritzlaff (1720), A. Tesmer (1729), M. Radwan (1738), M. Ruback (1741), Ch. Labehn (1742) (48). Być może jednak czuli się Niemcami. Co jednak począć z Clausem Post, obywatelem Wismaru, uwzględnionym we wspomnianym rejestrze z 1689 roku, przy którego nazwisku dopisano wprost "Vendt"?! (49).
Żywot mniejszości słowiańskiej w miastach nie był łatwy. Chociaż posiadała swoje ulice, a nawet całe kwartały, to na ogół stanowiła ludność drugiej kategorii. Gdzieś do połowy XV w. władze miejskie i ich niemieccy mieszkańcy patrzyli na Słowian z góry, traktując takie sąsiedztwo jako sporą niedogodność. Wprawdzie niektórym jednostkom udawało się poprawić swą pozycję społeczną i materialną (np. Gerd Słowianin z Wismaru w roku 1294 kupił od Niemca plac, Henryk Słowianin stał się pod koniec XIII w. właścicielem domu w Rostoku), ale - jak wspomniano wyżej - były to niezbyt częste przypadki. Zasadniczo germańscy mieszczanie zezwalali na wegetowanie niewielkich skupisk słowiańskich tuż pod miastami w tzw. wikach i kietrzach, nie interesując się zbytnio ich losem. Taki nieprzychylny, lecz generalnie obojętny stosunek, od schyłku średniowiecza począł zamieniać się w jaskrawą wrogość. Do pogardy i eksploatacji ekonomicznej dołączyły administracyjne szykany, restrykcje i działania zmierzające do porzucenia przez Słowian swej tożsamości. Zdarzały się zakazy handlu ze Słowianami, odbywania rozmów w ich języku, nie wydawano świadectw "dobrego urodzenia", bez których nie miało się szansy przystąpienie do wielu cechów. W roku 1490 lubecki sąd odmówił prawa do spadku dziecku pewnej Niemki z powodu pochodzenia jego ojca... Słowianina! Na ziemiach dawniej wieleckich, a następnie przynależnych do Brandenburgii, położenie Słowian było jeszcze gorsze. Praktycznie bowiem nie są znane prawie żadne przykłady ich uczestnictwa w życiu miejskim (50). Pojawiają się za to informacje mówiące o przymuszaniu wendyjskich mieszkańców podmiejskich osad do wykonywania najcięższych prac na rzecz niemieckich mieszczan. Jak wielką pogardę w środowisku niemieckich mieszkańców miast odczuwano do obcych niech świadczy relacja hrabiego Potockiego z jednej z jego licznych podróży mówiąca o tym, że przy końcu XVIII w. rajcy hamburscy wymagali od osób wstępujących w stan obywatelstwa potwierdzenia, iż nowoprzyjęty nie jest... Gotem ani Wendem. Choć tego rodzaju przysięgi nie odnosiły się już do realnych uwarunkowań, to są być może wskazówką mówiącą o tym, że dopływ Słowian do miast ustał stosunkowo niedawno. Trwał bowiem dopóty, dopóki nie zakończył się proces germanizacji ludności włościańskiej. Ta zaś, wbrew potocznym opiniom, utrzymywała się bardzo długo. Dla wsparcia zgłoszonych przypuszczeń odwołajmy się do świadectw współczesnych:
Następnie ciągnie się kraj Slawonii, której główne miasto nazywa się Lubeka. Z tegoż kraju pochodzą Zygioci [Słowianie greccy] mieszkający na Peloponezie; tam zaś [w nadbałtyckiej Slawonii] istnieją bardzo liczne miejscowości, w którym mówią tym samym językiem, co Zygioci.
(Laskaris Kananos, 1438/1439)
Podzielił [Leszek III] zaś między owych dwudziestu synów wszystkie kraje nadmorskie, ziemie Slawów, Rugian, Polabów, Obotrytów, Warazów i Kaszubów, rościągające się ku Misnii, Westfalii, i wodom Oceanu, tudzież wszystkie dzierżawy Polskie czyli Słowiańskie, leżące między rzekami Łabą (Albis) i Hawelą (Habela) i każdemu osobna wyznaczył dzielnicę. Ci z władzą panujących rządząc niemi przez czas długi, pozakładali liczne stolice i grody, miasta i zamki, którym własne ponadawali nazwiska: a chociaż je w czasach późniejszych Teutonowie opanowali i do dziś dnia dzierżą, zachowały się przecież nazwy pierwotne miast grodów, i inne miejscowe, acz na Niemieckie przerobione, jako to: Bukow (Bukkow), Dobin, Brema, Mikelburg, Lunemburg, Aldemburg, Raceburg (Raczesburg), Sigeburg, Plunen, Slezwik, Iłow, Zwerin, Malechow, Rostek, Kuczyn, Werlem, i. t. p. Przeszły zaś rzeczone ziemie i powiaty Słowiańskie wraz z grodami i miastami w posiadanie Sasów, Westfalczyków, Holendrów, Fryzów i innych narodów Niemieckim językiem mówiących, a książęta owych krajów, dostojnicy, panowie i szlachta ustąpili za czasem Niemcom, albo od nich wytępieni zostali. Naostatek Niklot książę Słowiański, z dwoma synami, Przybysławem i Warcisławem, uległ przemocy Henryka Lwa, książęcia Saskiego. Jednakże po wsiach i osadach włościańskich mieszkają do dziś dnia Słowianie rolnicy, nie innym jak tylko Polskim mówiący językiem, lubo zepsutym i wielce zmienionym przez mieszaninę i społeczeństwo tak z sąsiedniemi jako też innemi językami, i mieniącą się różność narzeczy.
(Jan Długosz, pomiędzy 1455 a 1480)
Mieszkańcy Jabelhaide według języka i obyczajów aż dotąd są Sarmatami [Słowianami].
(Nicolaus Marschalk Thurius, ok. 1521)
Jakoż po wsiach i miasteczkach w powiatach nadmorskich, luneburskich i w margrabstwie brandenburskim i po dziś dzień Słowaków wiele mieszka i jednego z Polakami języka, tylko z niemiecką mową pomieszanego używa.
(Marcin Kromer, 1565)
Najbardziej wartościowym dla naszych rozważań jest fakt, iż przytoczone powyżej zapisy, prócz przekazu długoszowego, powstały w oparciu o własne doświadczenia autorów. Zarówno Kananos, Thurius jak i Kromer choć reprezentowali odmienne środowiska i pokolenia zaliczali się do ludzi godnych zaufania. Z racji pełnionych funkcji, a pewnie i z powodu ciekawości świata notowali to co nowe i zaskakujące (51). Tak zapewne jawiła się im obecność Słowian w ówczesnej Germanii. Powinniśmy zatem odrzucić posądzenia autorów o pomyłkę lub tworzenie fikcji, jak próbują to czynić co poniektórzy autorzy zza naszej zachodniej granicy, i traktować te przekazy z należytą im powagą.
Równie cenne jak źródła narracyjne są dla nas dokumenty powstałe na interesującym nas terenie w okresie późnego średniowiecza i wczesnej fazy dziejów nowożytnych. Zaliczyć do nich możemy: spisy urzędowe, listy podatkowe, rejestry kościelne, umowy, nadania i poświadczenia.
Dorobek uczonych umożliwia nam dość dokładne przyjrzenie się śladom ludności słowiańskiej w Meklemburgii. Dla ziem Pomorza Zaodrzańskiego nie dysponujemy tak szczegółowymi informacjami, co jednak nie zmienia faktu, że to co posiadamy pozwala na sformułowanie ostrożnych wniosków. Świadectwa dotyczące terenów wieleckich pozostających pod władzą brandenburską są, niestety, jeszcze bardziej ubogie pod względem ilości i treści.
Tym co w pierwszym rzędzie rzuca się w oczy podczas analizy materiałów meklemburskich jest narastanie ku końcowi średniowiecza ilości danych. O ile dla całej drugiej połowy XIII w. znajdujemy kilkanaście wzmianek dot. słowiańskich nazw osobowych, o tyle dla jednego tylko roku 1466 takich informacji uzyskujemy ponad 20. Zjawisko to da się łatwo wytłumaczyć rozpowszechnieniem umiejętności czytania i pisania, wzrostem znaczenia pisma dla funkcjonowania społeczności i społeczeństw oraz wyższego poziomu ich organizacji.
Przyzwyczajeni do obcowania z historią, w której wciąż pojawia się jakiś Stanisław, Bolesław, Jarosław, Przemysław, Kazimierz i Świętopełk bez większego trudu kojarzymy połabskich rycerzy o swojsko brzmiących imionach Wolimir, Jaromir, Śmiłosław, Przybysław, Welisław. Jak jednak rozpoznać w słowach Brassche, Jatzebuk, Kouchel, Marseel, Pixleff, Pulße, Tzentke, Vrassch czy Woppoyseke słowiańskie nazwy osobowe? W sukurs przychodzą tu specjalistyczne opracowania (52). Bez nich odtworzenie wspomnianych nazw byłoby równie trudne jak wyjaśnienie, że Ozstash, Mogcone, Bresdreu i Stupote to po prostu Ostasz, Mojek, Brzezdrew oraz Stępota siedzący w średniowieczu nad naszą Wisłą.
Po trzecie, wydaje się, iż jedynie po części prawdziwą jest ogólnie przyjęta teza, że miejscowości posiadające w nazwie określenia Gross-, Neu-, -hagen, bezapelacyjnie znajdowały się w władaniu niemieckojęzycznych chłopów. Gross Grabow, Gross Butzin, Gross Niendorf, Gross Luckow, Neu Karin, Neu Warlow, Neu Zachun, Ahrenshagen, Blankenhagen, Oldenhagen a także kilkadziesiąt innych osiedli posiadających w nazwie wspomniane wyróżniki zasiedlali Słowianie. Co interesujące, nie byli w tych przypadkach jakimiś wyjątkiem potwierdzającym regułę, gdyż zamieszkiwali te miejscowości w sposób historycznie ciągły. I tak, w osadzie Gross Trebbow w roku 1410 żył Kupisz (Kuba), w 1505 Moltke (Młotek) a w 1550 Pusterit (Ciemny). W roku 1496 w Gross Luckow występowali: Balyke (Balik) i Pollen (Boleń), pięćdziesiąt lat później inny (?) Balik i Ginap (Henryczek), a pod koniec XVI stulecia Balyke (Balik), Lobeke (Lubik), Techan (Ciechan) i Tzart (Czart).
Ostatnią i najciekawszą rzeczą jest powszechność śladów Słowian na omawianym terytorium. Tak np. pochodzący z roku 1496 rejestr (Kaiserbederegister) ukazuje nam, że nie tylko w południowo-zachodnim regionie Meklemburgii, lecz również w jej środkowej, południowo-wschodniej i północno-zachodniej części żywioł słowiański trzymał się mocno. Prócz okolic licznych, aczkolwiek niewielkich miasteczek, Słowianie mieszkali w bliskim sąsiedztwie takich ośrodków jak Wismar, Rostok i Lubeka! W rejonie Grevesmühlen oraz Schwerinu na przełomie XV i XVI stulecia żyli potomkowie Obodrytów. Np. w leżącej nieopodal tego ostatniego miasta wsi Cramon gospodarzyli: Bartek (Bartke), Glinka (Glemmeke), Liszka (Loske), Zętek (Sentke). Niektóre rejony były wręcz "pełne" Połabian. Wokół Penzlina, Plau, Boizenburga, Dömitz, Eldeny, Stavenhagen, Gadebusch, Goldbergu, Malchina, Stargardu, Waren, Bützow, Wittenburga, w licznych osadach siedzieli słowiańscy włościanie. Jeśli nie byli w nich jedynymi mieszkańcami, to najpewniej stanowili znaczącą ich część. Wieś Steinbeck (urząd Neustadt) zamieszkiwali w 1500 roku Glaueke (Gławik), Jenderan (słowiańska zbitka Henryk Jan), Krull (Król), Podeyne (Potajny = skryty), a Blievenstorf Gotke (od Gottfried?), Jenderan (j.w.), Promoysel (Przemysł). W Warlow Bantze (Panicz) i Ventzan (Węcan), a w Stolpe Cyppute (Szelest) i Pentmyl (Pętomił). Dokonana pięć lat później lustracja okręgu Strelitz (okolice dzisiejszego miasta Neustrelitz) pokazuje, że w tym skrajnie wschodnim rejonie kraju również istniały liczne skupiska ludności słowiańskiej. We wsi Bredenfelde żyli: Bardißke (Bartosz), Dusiug (Duszyk), Kroll (Król), Letke (Letak = latacz), Stouicke (Stawik). W kolejnych 12 wsiach tego regionu egzystowali wieleccy chłopi.
Ludność słowiańska trwała nawet w tych rejonach, gdzie warunki naturalne - zdawałoby się - nie sprzyjały zachowaniu odrębności, a napływ obcych kolonistów był dość znaczny. Takie okoliczności zaistniały na wyspie Poel, leżącej nieopodal Wismaru. Ta niewielka, bo licząca ok. 35 km2 wysepka została częściowo zasiedlona przez saskich osadników już na samym początku XIII w., a mimo to przez kolejne 200 lat pierwotni słowiańscy mieszkańcy nie ulegli asymilacji. Przynajmniej nie wszyscy. W roku 1323 we wsi Wangern żył Boye, a Gollwitz w roku 1336 zamieszkiwali Techan i Hinze syn Techela. Kilkadziesiąt lat później znajdujemy Jakuba Tesseke, Mikołaja Słowianina, Markwarda Wenda, Martina Knese i Jana Buka (53). Natomiast na wyspie Fehmarn, zwanej niegdyś Imbrą, która w schyłkowej dobie niezależności Połabian była sławną bazą morskich rozbójników, wg duńskiego spisu z roku 1231 aż w 16 wsiach żyła ludność słowiańska. W kilku innych dzieliła przestrzeń życiową z cudzoziemskimi osadnikami (54).
Nie inaczej sytuacja przedstawiała się w niektórych rejonach Brandenburgii. Na terytoriach poddanych akcji kolonizacyjnej prawie natychmiast po podboju, do schyłku średniowiecza koegzystowali germańscy i słowiańscy mieszkańcy. Z drugiej połowy XIV w. pochodzą informacje o licznych wsiach słowiańskich w okolicach Schwedt i Stolpe. W następnym stuleciu powstały wzmianki o tzw. katzendorfach czyli słowiańskich wsiach rybackich nad brzegami Odry i Wkry, których mieszkańcy posługiwali się tak niezrozumiałym dla Niemców językiem, że określenie "uckerwendsk" stało się w lokalnym dialekcie synonimem czegoś niepojętego, niezrozumiałego. W Szczecinie, czyli blisko dziedzin brandenburskich, na samym początku XVI w., krawcy zastrzegli w swym statucie, że nie będą przyjmować do cechu Słowian, co może świadczyć o zajmowaniu przez nich okolic tego miasta.
I tu powinniśmy zakończyć nasze wywody. Z jakiej przyczyny? Otóż, według badaczy, nawet tych przekonanych o trwaniu Słowian na zachód od Odry dłużej niźli do wieku XIV, przełom XV i XVI stulecia przyniósł całkowity zanik rezerwatów słowiańskich na prawym brzegu Łaby (prócz tzw. Jabelheide). Powoływano się przy tej okazji na wzmianki w rodzaju:
Słowianie byli tak niespokojni i wojowniczy, że dokuczali wszystkim sąsiadom i kiedy nie było temu kresu ani miary, stało się, że całkowicie wyginęli, a kraj ich obcy posiedli.
(T. Kantzow)
Przyjmowano je dość bezkrytycznie i w oparciu o nie twierdzono, iż wśród około 350 000 tysięcy mieszkańców interesujących nas obszarów (cała Meklemburgia 195 000 - 215 000 + 135 000 - 155 000 Pomorze Zaodrzańskie, Wagria, północno-wschodnie pogranicza Brandenburgii oraz inne drobne terytoria (55)) pod koniec XV stulecia Słowian nie było w ogóle lub - ewentualnie - stanowili na nich już nawet nie procent lecz ledwie promile ludności. My jednak nie godzimy się na przyjęcie takiej oceny. Uważamy, iż przez kolejnych kilkadziesiąt lat obraz nie ulegał jakimś głębszym zmianom.
Na pograniczu Meklemburgii, Pomorza Zaodrzańskiego i Brandenburgii istnieje mała miejscowość Feldberg. Niegdyś pełniła rolę skromnego ośrodka administracyjnego. Dzięki sporządzonym w niej i zachowanym do naszych czasów dokumentom wiemy, iż okoliczne wsie ok. roku 1585 zamieszkiwali m.in.: Guthan, Liste, Ribeke, Zentke, Santke, Janeke, Krull, Mankatz, Preen czyli Godny, Liść, Rybak, Zętek, Świątek, Janik, Król, Miękacz, Przem. W Tewswoos Pantzk, Rybe, Schure, Symeke, Vrile czyli Paniczyk, Ryba, Chomik/Szczur, Szymek i Wrył. Leżące nieopodal Eldeny takie osady jak Bresegard, Glaisin, Krohn zasiedlają Glemmeke (Glinka), kilku Janeke (Janik), Jastram (Jastrząb), Jessel (Jesion), Milatze (Miłacz), Pandeke (Pąt-n-ik), Tetze (Teczo = biegacz). Jeszcze w roku 1598 w miejscowości Boitin niedaleko Bützow znajdujemy Bannita (Panika), Germatze (Jarmacza), Ploisa (Błożo), Podeya (Budeja). Szczegółowe zreferowanie stanu występowania ludności słowiańskiej zajęłoby nam zbyt dużo miejsca. Dla zobrazowania faktycznych stosunków niech posłuży poniższe zestawienie dotyczące drugiej połowy XVI w. (56).
Amt (urząd)
Liczba miejscowości z poświadczonymi słowiańskimi nazwami osobowymi
Amt (urząd)
Liczba miejscowości z poświadczonymi słowiańskimi nazwami osobowymi
Boizenburg
1
Malchow
1
Broda
3
Marnitz
8
Bukow
3
Mecklenburg
22
Bützow
16
Mirow
8
Crivitz
4
Neukalen
14
Dargun
12
Neustadt
13
Dobbertin
13
Parchim
8
Doberan
12
Penzlin
8
Dömitz
25
Plau
31
Eldena
12
Ratzeburg
10
Feldberg
3
Rehna
1
Fürstenberg
2
Schwaan
1
Gadebusch
7
Stavenhagen
11
Goldberg
15
Sternberg
1
Gorlosen
5
Walshmühlen
3
Grabow
4
Waren
9
Grevesmühlen
21
Warin
3
Güstrow
51
Wesenberg
2
Ivenack
3
Wittenburg
3
Lübz
17
Wredenhagen
19
Malchin
16
RAZEM:
427



Do powyższej liczby należy dodać ponad 20 miejscowości nie ujętych w zestawieniu, a wymienionych w rejestrze z 1582 r. (Türkensteuer, Stift Schwerin) oraz wiele wsi pozostających pod zwierzchnictwem władców Pomorza Zaodrzańskiego i Brandenburgii (57).
Przed wyciągnięciem wniosków powinniśmy pamiętać, że zaprezentowana lista nie jest raczej pełna. Poza stanem zachowania źródeł przyczyna leży w tym, iż w pewnych okresach nie prowadzono żadnych rejestrów. Przykładowo dla drugiej połowy XVI stulecia z okolic Boizenburga istnieją dane jedynie dla miejscowości Gothmann, w której pojawia się Pestrych (Pstry). Można by zatem przypuścić, że żywioł słowiański praktycznie zanikł. Jakże mylnym byłoby takie przypuszczenie! Spis z roku 1538 uświadamia nam istnienie połabskich mieszkańców w przynajmniej 18 wsiach. Breseke (Brzóska), Darinck (Dar), Draffanicke (Drewnik), Glafvatze (Głowacz), Guowst (Chwost=ogon), Haban (imię lokalne), Hanyske (mały Jan), Jesker (Iskra), Karuak (Garbak), Klackun (imię lokalne), Kowucke (Kawka), Labbuen (Luboń), Luschen (Łysek), Maneke (Manik=człowieczek?), Myleke (Miłek), Mowseke (Myszek), Prettun (Przesieka), Proske (Proszko), Rymmatze (Rębacz), Rybe (Ryba), Rubeke (Rybak), Rutzeke (Rostek ), Seueke (Żywik), Szedelke (Sedełko), Szibelike (Siwulik), Tzamme (Samo), Tzygen (Cygan), Wyseke (Wyszek) pracowali na roli, doglądali inwentarza, modlili się w kościele i handlowali z boizenburskimi kupcami. Wieści o wystąpieniu w Wittenberdze dominikańskiego mnicha z rewolucyjnymi tezami musiały dotrzeć i do nich. Mimo narastania fali ideowego fermentu, oni żyli dalej trybem znanym od wieków (58).
To, że działalność szesnastowiecznych pastorów, wpływy ortodoksyjnych niemieckich mieszczan i nakazy władz administracyjnych nie przyniosły całkowitej asymilacji Wendów jest rzeczą pewną (59). Liczne dane pozwalają wręcz przypuszczać, że żywioł słowiański trzymał się całkiem mocno. Jaki był rozmiar zjawiska? Np. W. Felten po zbadaniu źródeł dotyczących miasta i okręgu Boizenburg z okresu późnego średniowiecza i początków epoki nowożytnej doszedł do wniosku, że Słowianie w tym rejonie istotnie egzystowali, jednak stanowili niewielką część ludności. Na podstawie analizy nazw osobowych uznał, iż w samym mieście (lokowanym w 1267 roku), odsetek Wendów w ogólnej liczbie ludności poczynając od XIV stulecia nigdy nie przekraczał kilku, a w rejonie wahał się w okolicach kilkunastu procent. Naszym zdaniem, do uzyskanych wartości należałoby dodać pewną liczbę osób o imionach chrześcijańskich, germańskich, nazw osobowych pochodnych od wykonywanego zawodu czy miejsca pochodzenia. Nie mniejsze znaczenie miałaby poprawka uwzględniająca prawidłowość polegającą na tym, że w źródłach (szczególnie średniowiecznych) pojawiają się zwykle osoby w związku z wykonywaniem określonych czynności prawnych. Zakup nieruchomości, sprzedaż zboża, przekazanie w spadku placu, przyjęcie do stanu mieszczańskiego, uchwały rajców, wyroki sądów itp. dotyczyły zwykle osób majętnych (60). Ludność słowiańska jako uboższa i nie biorąca większego udziału w życiu publicznym była reprezentowana w źródłach znacznie rzadziej niż Niemcy (61). W związku z tym nie jest wykluczonym, iż odsetek Słowian był znacznie wyższy. Malał on najpewniej wraz z upływem lat, ale nawet w wieku XVII odnajdujemy w omawianym rejonie ślady przetrwania etnosu słowiańskiego. Usystematyzowanie informacji zebranych przez wspomnianego badacza umożliwiło nam sporządzenie poniższej mapki.
W samym Boizenburgu jeszcze w początkach XVII w. spotykamy takich mieszczan, być może pochodzenia słowiańskiego jak: Hans Dolingk, Jochim Guouwste, Johan Greunitz, Jacop Heinaz, Clawes Holling, Peter Janeke, Johan Korualen, Bene Prettun, Hans Ryske, Heinrich Seucke.
Sądzimy, że trwanie rodzimej ludności na północnym Połabiu aż po wiek XVII nie ograniczało się tylko do okolic tego miasta. Jakimi argumentami dysponujemy dla wsparcia takiego przypuszczenia? Z roku 1602 pochodzą wzmianki o egzystowaniu chłopów słowiańskich w rejonach: Dömitz (Polz, Wendische Wehningen, Gross Schmölen), Eldena (Gross Godems), Gorlosen (Porep), Grabow (Brunow, Fresenbrügge, Gross Laasch), Ribnitz (Dandorf), Walshmühlen (Schossin) (62). W sąsiedztwie Neukloster ok. roku 1610 we wsiach Babst, Bäbelin, Lüdersdorf i Züsow odnajdujemy Bartka, Malika, Wyszana i Stawo. Dwadzieścia lat później Janckel (Ziethen), Morian (Schlagbrügge) i Phaske (Sülsdorf) wspólnie z obywatelami Ratzeburga opłacili kontrybucję wojskom uczestniczącym w zmaganiach Wojny Trzydziestoletniej.
Tuż za granicami Meklemburgii, już po zakończeniu wspomnianego konfliktu (ok. roku 1648), jeden ze skrybów wójtostwa Schönberg, leżącego kilkanaście kilometrów na wschód od Lubeki (!), sporządził rejestr, w którym napotykamy sporo słowiańskich nazw osobowych. Ich kilkudziesięciu właścicieli, m.in.: Jezeke (Jeżyk), Phaske (Waszek), Screptze (Skrabek), Jolp (Chłop), Sloyss (Śliż), Crafake (Garbacz) z pewną dozą prawdopodobieństwa porozumiewało się w mowie ojców (63). Czy wspomniani w roku 1700 Morian ze wsi Ziethen i Robrahn (Roboczan=chłop pańszczyźniany) ze wsi Pogez językiem słowiańskim posługiwali się biegle? Najprawdopodobniej znali go już tylko szczątkowo, ale tego - mimo olbrzymiej pokusy - stwierdzić już nam się nie uda (64). Nie jesteśmy również w stanie orzec jakim językiem mówili włościanie z okręgu Grimmen wymienieni w rejestrze sporządzonym przez Szwedów w latach 1696/97 (65). Niektórzy z nich, jak: Buslaff Karen, Hans i Jakub Wys, Johan Franik, Martin Wirik, Heinrich Boye, Jakob Smock, Hans Kuur, Peter Bölick, Fr. Thomesk oraz Hans, Chrystian, Walentin i Andreas Wendt mogli być Słowianami już w ostatnim pokoleniu (66).
Gdy resztki słowiańskiej ludności pomiędzy dolną Łabą i dolną Odrą rozpływały się w germańskim morzu istniała prawdopodobnie jeszcze enklawa, w której wegetowali potomkowie Wieletów. Była nią wyspa Uznam. Leżąca na uboczu, nie posiadająca wielkich ośrodków miejskich, położona z dala od głównych szlaków handlowych, stanowiła ostatni bastion wymierającego ludu. Oddziaływanie Wołogoszczy i miasta Uznamia doprowadziło do zniemczenia niektórych okolic. Klasztor w Pudagla i wsie kolonistów były także rozsadnikami niemczyzny, choć średnio skutecznymi. Wiemy np. iż w 1317 roku w dobrach tego klasztoru było 15 osad wiejskich na prawie rodzimym i 10 na prawie niemieckim. Przy tym, jest wielce prawdopodobnym, że we wsiach opłacających czynsz pieniężny i tak część ludności stanowili Słowianie (np. chłop Tegatze w roku 1396 zamieszkiwał Wołczyn). Księgi przyjęć do prawa miejskiego w Uznamiu z lat 1536-1673 pokazują, że wśród przybyszów z okolicznych wsi ubiegających się o przyjęcie w poczet mieszczan pojawiali się Słowianie (Chim Radwan, Jakob Tesch, Martin Radesz, Joachim Tesch).
Rejestry sporządzone przez szwedzkich administratorów w drugiej połowie XVII w. umożliwiają nam przyjrzenie się nazwom osobowym mieszkańców wielu osad na tej wyspie (67). Na tej podstawie spróbujmy pokusić się o kilka spostrzeżeń. I tak, jako najbardziej zniemczone skupisko ludzkie jawi się miasto Uznam. Wśród obywateli nie znajdujemy prawie żadnych nazwisk o słowiańskim brzmieniu (może Jacob Suhr, Jochim Loyse, Hans Krulle?). Natomiast na przedmieściach kilka osób można by podejrzewać o wendyjskie pochodzenie (Boldiahn - Bielan, Loyße - Liszka, Peter Rumick, Hans Rääs?). W osadach wiejskich południowo-zachodniej części wyspy (68), spotykamy za to sporo osób, które noszą nazwiska urobione od nazewnictwa słowiańskiego. Ludzie ci występują na ogół w towarzystwie sąsiadów o bezsprzecznie germańskim rodowodzie, ale zdarzają się przypadki gdzie prawie wszyscy chłopi z danej wsi mogli być wprost potomkami Wieletów. Do takich osad zaliczyć możemy np. Reestow, którą w roku 1666 zamieszkiwali m.in.: Siritz Koos, Peter Wyß i Kores Wüs. W Rankwitz żyli Sverin Resch i Martin Rääs, być może wywodzący swe nazwiska od słowa rezać=ciąć. Nieopodal gospodarzyli Jacob Such (Żuk/Sokół?), Marten Wys (Wysz), Jacom Laban (Luboń), Hans Knesem (Knęzik), Marten Suck (Żuk), Petter Bugislaff, Michael Koos, Jacom May, Martin Janik, Michel Binik, Gottfried Wilik, Michael Masch (skrócona forma imienia Tomasz). We wsi Suckow zamieszkiwał Peter Radz. Pobliską osadę Morgenitz Jochom Menik, Jacob i Hans Golas, a w Stoben żyli Michael i Hindrik Barnhey (od Bortaj=Bartłomiej ?).
Ciekawych informacji dostarczają księgi parafialne z tego rejonu (69). Np. spis małżeństw zawartych w latach 1643-1704 w kościele parafialnym w Benz zawiera m.in. wzmianki o wstąpieniu w związki małżeńskie Töniesa Puntzke z Marią Schmied (1646), Jochima Wend z Ilse Labehn oraz Michela Pansche z Engel Timmecke (1651), Thiesa Kucke z Engel Labehn (1653) i Petera Krull z Barbe Wilcken (1680), Michela Wend z niejaką Triną (1671), Jacoba Kreßmer z Sophią Knust (1676), Tiesa Kercke z Emmerentz Fincke (1683), a także Michela Janße z Ilse Stromberg (1703). Wpisy w księdze parafialnej kościoła w Mönchow wspominają o ślubie Zabela Kutze z Marią Schmed (1681), Jacoba Utesse z Ilse Kusenow (1686), Niclasa Stancke z Marentz Rese (1699) oraz Jochena Jancke z Marią Riemer (1702).
Czy powyższy materiał może stanowić dowód na trwanie ludności słowiańskiej na Uznamiu po schyłek XVII stulecia? Głosy kwestionujące takie przypuszczenie wskazują, iż w tym okresie nazwy osobowe nie mogą już służyć jako pewne potwierdzenie przynależności etnicznej danej osoby. I z tym stwierdzeniem wypada się zgodzić, jednak... Nie rozpatrujemy przecież pojedynczych przypadków, ani przykładów wyrwanych z kontekstu miejsca i czasu. Gdybyśmy skoncentrowali się wyłącznie na analizie imion i nazwisk moglibyśmy z dużym prawdopodobieństwem popełnić błąd polegający na stworzeniu fałszywego obrazu (70). Wiemy wszakże, iż poza materiałem złożonym z nazw osobowych dysponujemy także innymi danymi. Otóż, rycerstwo słowiańskie właśnie na tej wyspie najdłużej pielęgnowało dawne zwyczaje i język. Słowiańskie pozostałości nazewnicze skoncentrowane są na obszarze tzw. Lieper Winkel, dawnymi czasy odizolowanym lasami i mokradłami od pozostałych części regionu. Dziś jeszcze, na tle większości rozkwitających uznamskich miejscowości, takie wsie jak Rankwitz, Quilitz, Reestow, Warthe, Grüssow i Liepe jawią się jako odosobnione i nieco zaniedbane. Strój ludowy zachowujący wiele elementów charakterystycznych dla ludów słowiańskich był jeszcze w powszechnym użyciu w pierwszej połowie XIX stulecia, a sprzęty gospodarskie aż do tego wieku w dużej mierze przypominały te z innych stron Słowiańszczyzny. Dalecy jesteśmy od twierdzenia, że należy bezdyskusyjnie uznać za pewnik zgłoszone postulaty, jednakże uwzględniając wymienione uwagi można pokusić się o przyznanie racji tym, którzy akceptują wnioski o przetrwaniu słowiańskiego rezerwatu na Uznamiu po czasy prawie współczesne.
Zanik żywiołu rodzimego na terenach Meklemburgii, Pomorza Zaodrzańskiego, Wagrii i północnego pogranicza Brandenburgii był z całą pewnością procesem długotrwałym. Najwcześniej, swe domostwa i język utracili - poddawani planowej czy mówiąc dokładniej celowej dyskryminacji - słowiańscy mieszkańcy Wagrii. Następnie przyszła kolei na ludność zajmującą pas wybrzeża nadbałtyckiego oraz obszerne tereny na zachodnim brzegu Odry. Równocześnie ludność połabska została przymuszona ustąpić miejsca kolonistom szmat ziemi na południowym-wschodzie od Hamburga, w okolicach wielu innych miast, na północnych rubieżach Brandenburgii oraz na wyspach Fehmarn i Poel. Na skutek rugów, ucieczek spod władzy szczególnie srogich feudałów oraz postępującego procesu asymilacji, utworzyły się swoiste enklawy ludności słowiańskiej zamieszkiwane przez nią zwarcie lub w przemieszaniu z kolonistami. Te, na ogół niewielkie skupiska, zlokalizowane były zwykle w miejscach ustronnych i nie przyciągających z racji słabych gleb wielu przybyszów. Największa z nich obejmowała terytorium usytuowane w trójkącie Parchim-Malchin-Penzlin. Kolejne znajdowały się w okolicach Boizenburga, Grabowa, Sternberga, Grimmen, Schönberga, na południowy-zachód od Wismaru oraz pomiędzy Wredenhagen a Streliz. Najmniejsza z nich a zarazem chyba najdłużej się utrzymująca przetrwała na skrawku wyspy Uznam.
Jak zwykle w takich przypadkach pojawia się pytanie o cezurę określającą zakończenie epopei słowiańskiej na omawianych terytoriach. W naszym przekonaniu jest to dość trudne, aczkolwiek nie niemożliwe. Odrębność etniczna to przecież nie tylko różnice językowe. Ostatni starcy rozumiejący co nieco z mowy wendyjskiej odeszli zapewne gdzieś koło schyłku XVII lub nawet na początku XVIII w. Pozostały jednak po nich - prócz dziedzictwa materialnego - elementy kultury duchowej. Musiały one wyraźnie odcinać się od zwyczajów niemieckiej ludności skoro piszący ok. roku 1753 historyk meklemburski Dawid Frank wspominał: "W okolicach Sternberga i Grabowa we wsiach przetrwały obyczaje słowiańskie choć język już zamilkł" (71). W naszym przekonaniu ostatni akord słowiańskiego Połabia rozbrzmiał nie wtedy gdy nie stało języka. Nie wtedy również gdy ostatnie sprzęty gospodarskie z dawnej epoki powędrowały na przydomowe śmietniki. Koniec nadszedł w chwili, w której duchowe dziedzictwo dumnych Wieletów i Obodrytów zostało przez potomnych uznane za wstydliwe i zastąpione obyczajem germańskich sąsiadów.
Adam Sengebusch
Z cyklu "Wspomnienie o Słowianach Połabskich": Część 2. Ranowie oraz Część 3. Drzewianie.
Przypisy:
(1) Wydaje się, iż jedną z głównych przyczyn obniżenia żywotności ludności germańskiej zamieszkującej obszary pomiędzy Odrą a Łabą mogły być wojenne wyprawy Awarów z lat sześćdziesiątych VI w., G. Labuda, Pierwsze państwo słowiańskie. Państwo Samona, Poznań 1949.
(2) Np. Glommowie, Wagrowie, Warinowie.
(3) K. Wachowski, Słowiańszczyzna Zachodnia, Poznań 1950.
(4) Pozycji akcentujących tą tezę w ciągu minionych dziesięcioleci dosłownie nie dałoby się zliczyć. W ostatnich czasach też ich nie brakło, zob. np. W. Clever, Germanen, Slawen und Deutsche in Ostmittel- und Osteuropa, Dortmund 2000. Gwoli sprawiedliwości trzeba nadmienić, iż tak solidny badacz jakim był H. Witte szacował, że jeszcze w ostatniej ćwierci XIV w. ludność słowiańska Meklemburgii liczyła 9 000-10 500 osób, zob. Wendische Bevölkerungreste in Mecklenburg, Stuttgart 1905.
(5) Hammeln 1997, www.feudalismus.de.
(6) Potwierdzają to jednoznacznie słowa Helmolda, który wspomina m.in. o Ludolfie, wójcie z Brunszwiku zarządzającym zaginionym grodem Cuscin, Ludolfie z Peine osadzonym w dzisiejszym Malchinie, Guncelinie dowodzącym w obecnym Schwerinie oraz Henryku z Schathen zawiadującym Mechlinem, Helmolda kronika Słowian, Warszawa 1974.
(7) Bohdan Jałowiecki, Uwarunkowania i szanse rozwoju polskich metropolii, 2004, www.funduszestrukturalne.gov.pl. Zobacz też F. Braudel, Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm XV-XVIII wiek, T. I, Warszawa 1992 oraz J. M. Kuliszer, Dzieje gospodarcze Europy zachodniej, Warszawa 1935.
(8) W pierwszej połowie XIX stulecia w podwrocławskich miejscowościach: Laskowice, Nowy Dwór, Piekary, Dębin, Chwałowice, Jelcz, Ratowice, Wojnowice oraz Dziuplina Mała i Duża wciąż rozbrzmiewał śląski dialekt języka polskiego, http://pl.wikipedia.org/wiki/Dialekt.
(9) Helmolda kronika Słowian, Warszawa 1974. Przykładów na nieludzkie traktowanie słowiańskiej ludności północnego Połabia znamy całe mnóstwo. Poczynając od nazywania przywódców plemion "psami", poprzez niemiłosierne zbieranie należności podatkowych i zakazywanie obchodzenia uroczystości na tradycyjny sposób, aż po pozbawianie życia praktycznie bez powodu (np. wieszanie na drzewie każdego kto nie poruszał się głównym traktem regionu).
(10) Zob. np. Kronika Thietmara, Kraków 2002. Kronikarz wspomina, że podczas oblężenia Niemczy za czasów Bolesława Chrobrego polscy obrońcy postawili na wałach naprzeciw wojsk wieleckich krzyż wzbudzając tym wściekłość Połabian.
(11) Zob. H. Łowmiański, Religia Słowian i jej upadek, Warszawa 1979.
(12) O wielkiej sile tradycji świadczą współczesne badania etnograficzne, zob. np. K. Moszyński, Kultura ludowa Słowian, Kraków, T.I 1929, T.II Cz.1 1934, T.II cz.2 1939, oraz relacje świadków żywych do niedawna obyczajów, zob. np. Z. Dołęga Chodakowski, O Słowiańszczyźnie przed chrześcijaństwem, Warszawa 1967. Przekonaniu o stosunkowo szybkich zmianach mentalnych zadają kłam chociażby relacje polskich duchownych dokonujących pod koniec XVI stulecia de facto powtórnej chrystianizacji Żmudzi, Aleksander Brückner, Starożytna Litwa. Ludy i bogi, www.pbi.edu.pl. Dodam, że pod koniec lat 80-tych minionego wieku sam byłem na Kujawach świadkiem znamiennego wydarzenia, kiedy to po oproszeniu się maciory u jednego z gospodarzy, zaproszono najstarszą mieszkankę wsi aby za pomocą pęku rózg i mieszanki jakichś płynów odpędziła "Złego".
(13) Podczas przeprawy przez Muldę wraz z podobizną wieleckiej bogini utonęło 50 wojowników próbujących ją zapewne ratować, Kronika Thietmara, Kraków 2002.
(14) Do nielicznych wyjątków należeli np. działający na terenie Wagrii ksiądz Bruno, Helmolda Kronika Słowian, Warszawa 1974, oraz apostoł Pomorza Zachodniego Otton z Bambergu, Pomorze Zachodnie w żywotach Ottona, Warszawa 1979.
(15) Mieszczanin lubecki Ewerhard Brake w roku 1250 zawierając z klasztorem z Reinfeld transakcję dotyczącą słowiańskiej wsi zastrzegł warunek aby mnisi sami wydalili z niej Słowian, W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w., Poznań 1887.
(16) j.w.
(17) Oblicza się, że kraje niemieckie w ciągu XII i XIII w. opuściło kierując się na wschód ok. 400 000-500 000 ludzi, J.M. Piskorski, Kolonizacja wiejska Pomorza Zachodniego, Poznań 2005. Ilu z nich wybrało ziemie polskie, Czechy, Morawy, Dolną Austrię, Słowenię, Łużyce, Milsko, Miśnię, Węgry, Pomorze, Słowację, państwo Zakonu Krzyżackiego, Siedmiogród, Brandenburgię, Łotwę, Estonię a ilu północne Połabie?
(18) Okolice dzisiejszych miejscowości: Ratzeburg, Wittenburg, Gadebusch, Dassow, Grevesmühlen, Klütz, Boizenburg, Lübthen, Dömitz, Neuhaus, Ludwiglust i Schwerin.
(19) Np. w kraju ratzeburskim adnotacje "Sclavi sunt, nullum beneficium est" pojawiły się tylko w 4 przypadkach na ponad 120 (wsie: Elisabet, Scriphorst, Slavicum Parkentin oraz Sclavicum Pogatse), co ma świadczyć o pełnej dominacji żywiołu germańskiego, F. Boll, Meklenburgs deutsche Colonisation im 12. und 13. Jahrhundert, Schwerin 1848.
(20) W roku 1220 na rynku w Schwerinie publicznie ogłoszono nadanie Słowianom z Bruszewic prawa niemieckiego, W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w., Poznań 1887. Zamieszkiwanie osad wiejskich prawa niemieckiego w środkowej Europie przez ludność rodzimą jest faktem doskonale znanym. Wystarczy wspomnieć o stosunkach panujących na Pomorzu Gdańskim pod rządami Zakonu Krzyżackiego. Innym elementem utrudniającym dziś odkrywanie śladów obecności Słowian na omawianych terytoriach była, być może, zasada wyraźnie sformułowana w roku 1248 przez księcia pomorskiego Warcisława III, która określała, że każdy przybysz winien przyjąć takie prawo jakim rządziła się większość mieszkańców wsi. Nie wiemy czy w zachodniej Meklemburgii podobna reguła obowiązywała, ale w owym czasie mogło się zdarzyć, iż jeśli kilku Słowian żyło w osadzie zdominowanej przez Germanów to rządzili się oni prawem niemieckim.
(21) Wiemy, że od czasu założenia i uposażenia biskupstwa w Ratzeburgu (1154 i 1158) uznawano w zachodniej Meklemburgii zasadę rugowania Słowian, ale gdyby była to reguła bez odstępstw to najpewniej nie doszłoby w tak wielkiej skali do przejęcia słowiańskiego nazewnictwa przez element napływowy, P. Kühnel, "Die slavischen Ortsnamen in Meklenburg", 1881 oraz H. Koepp, "Die slavischen Ortsnamen im Kreis Herzogtum Lauenburg", http://www.hausarbeiten.de/faecher/hausarbeit/rus/2643.html.
(22) Dla przykładu wymienić można: 1. "Słowianie zaś tam [w okolicach Lubeki] mieszkający lubeckie miasto nazywają nie Lubeką, lecz Bukowcem", Kronika Wielkopolska, Warszawa 1965. 2. W roku 1322 pod Lubeką znajdujemy wójta Andrzeja z braćmi: Janem, Jakubem i Cieszkiem, W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w., Poznań 1887. 3. Pod Gadebusch pojawia się Radek Słowianin, W. Bogusławski, op. cit. 4. Źródła z XIII i XIV w. dot. okolic Grevesmühlen, Ratzeburga, Schwerina zachowały mnóstwo słowiańskich nazw osobowych i miejscowych, zob. M. Jeżowa, Dawne słowiańskie dialekty Meklemburgii w świetle nazw miejscowych i osobowych, Wrocław-Warszawa-Kraków 1961. 5. W XVI stuleciu ślady słowiańskiej ludności odnajdujemy w 17 wsiach wójtostwa Grevesmühlen, 10 wsiach wójtostwa Gadebusch i 13 wsiach wójtostwa Ratzeburg, H. Witte, Wendische Bevölkerungreste in Mecklenburg, Stuttgard 1905.
(23) Register der von den Bischöfen von Ratzeburg verliehenen Zehnten, Mecklenburgisches Urkundenbuch, Bd. I, http://books.google.com. Głównym zadaniem w tym przypadku winno być określenie czy wszędzie tam, gdzie regulowano zobowiązania wg prawa niemieckiego mieszkali li tylko koloniści? Zdaje się przecież, iż wsie wymienione w Rejestrze posiadające w nazwie określenie "słowiański" (Sclauicum) zwykle zamieszkiwali Słowianie, trudno bowiem sobie wyobrazić aby germańscy urzędnicy określali tak osady obsadzone przez cudzoziemców. Prócz tego trzeba zaznaczyć, że nie każda osada o niemieckiej nazwie była w posiadaniu germańskiej ludności (np. "villa Walteri" w parafii Proceke) co uzasadnia przypuszczenie, iż na omawianych terenach, tak jak i w wielu innych znanych z Europy Środkowej przypadkach, niemiecki zasadźca czasami osadzał we wsi ludność tubylczą. Reasumując, można ze sporym prawdopodobieństwem przyjąć, że zapisy urzędników biskupstwa tworzące Rejestr powstawały raczej pod kątem prawa obowiązującego włościan w danej miejscowości, a nie pod kątem pochodzenia etnicznego jej mieszkańców.
(24) Mówi o tym świadectwo z roku 1326, zob. W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w., Poznań 1887, oraz dane zawarte w pracy H. Witte, Wendische Zu- und Familiennamen, http://dlib.uni-rostock.de, które dowodzą, że w okolicach Zarrentin (miejscowości: Zuhr i Kattemark) jeszcze w drugiej połowie XV w. żyły osoby noszące słowiańskie nazwiska.
(25) Podobną sytuację można było zaobserwować na Pomorzu Zachodnim, Ranie, Śląsku.
(26) Zob. dokumenty dołączone do F. Boll, Meklenburgs deutsche Colonisation im 12. und 13. Jahrhundert, Schwerin 1848, http://dlib.uni-rostock.de oraz Urkunden Sammlung, oprac. G. Lisch, http://portal.hsb.hs-wismar.de.
(27) Jeszcze w roku 1219 w otoczeniu Kazimierza pomorskiego występowali: Dirsico, Miregnauus, Monic, Katimarus, Dobezleu, Precha,Zapacha i tylko jeden rycerz niemiecki (Hermanus Teutonicus), zob. Meklenburgisches Urkundenbuch, Bd. I, http://books.google.com.
(28) Dwory słowiańskich książąt stawały się magnesem przyciągającym niespokojne duchy z całego regionu. Pojawiali się na nich osobnicy z Bawarii (Otto Bawarus), Nadrenii (Hermannus de Dortmunde), z Wysp Brytyjskich (Bernardus de Walia?), Szwecji (Johannes de Sweden), Galii (Ecquardus Gallus?), zob. dokumenty załączone do pracy F. Boll, Meklenburgs deutsche Colonisation im 12. und 13. Jahrhundert, Schwerin 1848, http://dlib.uni-rostock.de.
(29) L. Leciejewicz, Miasta Słowian Północnopołabskich, Wrocław 1968.
(30) Najpewniej H. Gamba z rodu słowiańskich Gambów/Gembów.
(31) Ghesen = *Jasza, zob. M. Jeżowa, Dawne słowiańskie dialekty Meklemburgii w świetle nazw miejscowych i osobowych, Wrocław-Warszawa-Kraków 1961.
(32) Urkunden der Stadt Lübeck 1139-1470, http://books.google.com
(33) Codex Diplomaticus Brandenburgensis, http://books.google.com
(34) Codex Diplomaticus Brandenburgensis, http://books.google.com
(35) Trzeba podkreślić, że słowiańskie rody rycerskie poniosły największe straty na obszarze zachodniej Meklemburgii i we Wagrii. W odniesieniu do tych rejonów właściwie nie powinno się mówić o germanizacji tej warstwy społecznej lecz o jej eksterminacji w toku walk o niepodległość.
(36) W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w., Poznań 1887. Przypadków, w których pod pozornie germańską szatą imienniczą kryli się Słowianie-rycerze na całym Połabiu było zapewne dużo więcej. Tak np. synowie słowiańskiego możnowładcy Bora z okolic dzisiejszego Drezna już u schyłku XI w. nosili niemieckie imiona: Wichard i Luter/Lutger, zob. G. Labuda, Fragmenty dziejów Słowiańszczyzny zachodniej, T. I., Poznań 1960.
(37) W. Bogusławski, op. cit.
(38) Pod koniec XII w. znaczne połacie zachodniej i centralnej Wagrii znajdowały się już w posiadaniu kolonistów, Helmolda kronika Słowian, Warszawa 1974. Żadną jednak miarą nie należy przyjmować twierdzeń proboszcza z Bozowa o zaniku Słowian w Wagrii już ok. połowy XII w. za oddające w pełni rzeczywistość. Sam kronikarz udowadnia, że dramatyzując narrację posunął się za daleko, gdyż w jednym miejscu wspomina o zaniku Słowian aby za chwilę nadmienić, że ci "nieistniejący" wagryjscy Słowianie brali udział w wyprawie przeciw władcom Pomorza Zachodniego (latem 1164 r.) oraz puścili się w pogoń za duńskimi najeźdźcami wycofującymi się po złupieniu tejże krainy (lato-jesień 1171 r.). O niełatwej koegzystencji dwóch żywiołów na pograniczu wagryjsko-holsztyńskim w drugiej połowie XII stulecia pisze J. Strzelczyk, Eschatologia na pograniczu słowiańsko-niemieckim w końcu XII wieku, w: Szkice średniowieczne, Poznań 1987.
(39) K. Ślaski, Przemiany etniczne na Pomorzu Zachodnim w rozwoju dziejowym, Poznań 1954.
(40) W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w., Poznań 1887.
(41) j.w.
(42) Wiemy np. o utrzymywaniu się w XIV wiecznej Meklemburgii starego prawa dziedzicznego, G. Lisch, Wendisches Recht im Mittelalter in Meklenburg, http://dlib.uni-rostock.de, D. N. Jegorov, Die Kolonisation Mecklenburgs im 13. Jahrhundert, Breslau 1930 i K. Tymieniecki, Społeczeństwo Słowian lechickich, Poznań 1996. W powiązaniu z występującymi słowiańskimi nazwami osobowymi oraz zapiskami o słowiańskich pługach (Sandhufen) w danych osadach możemy uznać, że tam gdzie pojawiały się owe trzy wyróżniki tam żywioł słowiański miał się dobrze.
(43) W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w., Poznań 1887
(44) H. Witte, Wendische Zu- und Familiennamen, 1906, www.dlib.uni-rostock.de
(45) W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w., Poznań 1887
(46) W mieście tym kościół mariacki udostępniony został dla polskich wiernych dopiero w I połowie XVI w.
(47) Dzisiejsze wyobrażenia o zasięgu osadnictwa poszczególnych grup etnicznych i narodów ukształtowane są w oparciu o współczesne doświadczenia. Z jednej strony wyraźne granice państw europejskich obejmują często jednorodne wspólnoty językowe, a z drugiej z pojęciem mniejszości narodowej automatycznie kojarzone jest określone terytorium. Sytuacja, w której dwa lub więcej etnosy żyją "wymieszane" na tym samym obszarze, jest dla niektórych dzisiejszych obserwatorów dość abstrakcyjna. Przywołany Biecz jest dobrym przykładem dla zobrazowania tego zjawiska. Choć w latach jego świetności olbrzymią przewagę liczebną posiadała w nim ludność pochodzenia niemieckiego (z małą domieszką słowiańską i włoską), to okolice zamieszkiwała prawie wyłącznie ludność polska oraz w nieznacznych grupach rusińską i wołoska, zob. www.genealodzy.pl
(48) Das Burgerbuch der Stadt Grimmen 1707-1800, oprac. N. Lorenz, www.schwaben.de,/name/nlorenz.
(49) Türkensteuer aus Wismar. Einkonen der Kontribution ab 19 Martz 1689 - bis 18 Februar 1690, http://vigerust.net/by/wismar1689_uns.html
(50) O nielicznych tego rodzaju zdarzeniach oraz o działaniach mających wyeliminować Słowian z życia ośrodków miejskich, wspomina ostatnio W. Schich, Zum Ausschluss der Wenden aus den Zünften nord- und ostdeutscher Städte im späten Mittelalter, w: Nationale, etnische Minderheiten und regionale Identitäten in Mittelalter und Neuzeit, pod redakcją A. Czacharowskiego, Toruń 1994.
(51) Jedną z ciekawostek zanotowanych około roku 1374 jest informacja o tym, że (słowiański) lud Meklemburgii zwał księcia Johanna IV "knese Janeke" czyli księciem Janikiem, H. Witte, Wendische Bevölkerungreste in Mecklenburg, Stuttgart 1905.
(52) W. Taszycki, Najdawniejsze polskie imiona osobowe, w: Rozprawy i studia polonistyczne I, Wrocław-Kraków 1958, M. Malec, Budowa morfologiczna staropolskich złożonych imion osobowych, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1971 oraz H. Witte, Wendische Zu- und Familiennamen, 1906, www.dlib.uni-rostock.de.
(53) Niektórzy z nich byli nawet stosunkowo zamożni: "1326 - Nicolaus Slavus hat 2 Hufen in Niendorf, 1329 - Went hat 1 Hufe in Vorwerk", Besiedlung der Insel durch deutsche Bauern, www.dlib.uni-rostock.de. W pierwszej połowie XVI w. wyspę Poel zamieszkiwali jeszcze ludzie noszący nazwy osobowe pochodzenia słowiańskiego, np. Posßel - wieś Kirchdorf, H. Witte, Wendische Bevölkerungreste in Mecklenburg, Stuttgard 1905.
(54) W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w, Poznań 1887.
(55) Np. Biskupstwo Ratzeburskie.
(56) Na podstawie H. Witte, Wendische Zu- und Familiennamen,1906, www.dlib.uni-rostock.de. Pośrednim dowodem na powolne zanikanie elementu słowiańskiego są także odnajdywane w dokumentach średniowiecznych zapisy nazw miejscowych. Ich brzmienie wskazuje bowiem, że przez bardzo długi okres po podboju nazwy te żyły w ustach ludności rodzimej i zostały przez nią przekazane lokalnym skrybom. Np. 1328 r. - "Insula dicta Lypze" czyli wyspa Lipce k. Wismaru, 1460 r. - "Kostell" czyli Kościół k. Stavenhagen, 1507 r. - "Loysewitze" czyli Łosiewice/Łysewice k. Stargard, 1526 r. - "Wantzelitze" czyli Wąsewice k. Grabow, P. Kühnel, Die slavischen Ortsnamen in Meklenburg, www.dlib.uni-rostock.de. Zob. też H. Koepp, Die slavischen Ortsnamen im Kreis Herzogtum Lauenburg, Hamburg 2004, www.hausarbeiten.de.
(57) Na ziemiach dawnej Wagrii w owym czasie całkowita germanizacja już się najpewniej dokonała. Ostatnie wzmianki o ludności słowiańskiej w tej krainie pochodzą z XIV stulecia, W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w., Poznań 1887.
(58) Na marginesie warto wspomnieć, że hr. J. Potocki podczas swych podróży odwiedził także Warnemünde. Zwrócił uwagę, że obowiązujące w nim stroje, obyczaje i obostrzenia prawne przypominają bardziej wiek XV niż XVIII. Podkreślił również, że mieszkańcy tej miejscowości nie mieli prawa wykonywać jakiegokolwiek rzemiosła, a wszyscy byli bezpośrednio poddanymi Rostoku, które to miasto wysyłało dla sprawowania władzy w tymże ośrodku specjalnego wójta, J. Potocki, Podróże. Warszawa 1959. Przypomina to mocno uwarunkowania obowiązujące w relacjach niemieckie miasta - słowiańskie podmiejskie wiki.
(59) Ciekawym zagadnieniem, godnym nawet sporego wysiłku badawczego wydaje się być określenie znaczenia jakie dla wynarodowienie Słowian miały naciski natury religijno-obyczajowej. Ziemie północnego Połabia, a Meklemburgii w szczególności, były od XIV w. aż po XVII stulecie areną zaciekłych polowań na czarownice, zob. A. M. Wójtowicz, W siedlisku zła, 2005, www.opoka.org.pl oraz Hexenprozesse und Verfahren wegen abergläubischer Praktiken in Mecklenburg, 2005, www.ende-genealogy.de. Atmosfera strachu i poczucie bezradności wobec poczynań specjalistów od "czarów" mogły wpływać na nie cierpianych przez Niemców Połabian w ten sposób, że szukali oni ochrony poprzez asymilowanie się z dominującym etnosem.
(60) Poznawanie źródeł średniowiecznych jest zajęciem niezwykle pouczającym. Pokazuje bowiem jak wielkie znaczenie dla żyjących ówcześnie ludzi miały kwestie związane z wartościami materialnymi. Nawet gdy wspominano o wojnach czy sporach ideowych to zwykle w tle majaczyły pieniądze. Zysk, profit, wpływy, słowem żądza posiadania stanowiła siłę napędową wszelkich przedsięwzięć. Czasem możni ubierali swe przyziemne cele w szlachetne szaty ideowości (np. Henryk Borwin w roku 1225 uznał, że czas sprowadzić w okolice Parchima chrześcijan-kolonistów, gdyż ziemia ta jest "poświęcona kultowi demonów"). Prawowierni mieszczanie bez mrugnięcia okiem sprzedawali wraz z nieruchomościami całe rodziny nie bacząc na fakt, iż pozbawiają je w ten sposób środków do życia. Kościelni hierarchowie tolerowali stan pół-pogaństwa wśród swych owieczek, ale w żadnym razie nie byli skłonni odpuszczać tym samym ludziom opłacania wygórowanych czynszów. Generalnie przypadki altruizmu, poświęcenia i pochylenia się nad bliźnim były sporadyczne. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że szukanie sensu życia w gromadzeniu dóbr materialnych dotyczyło wszystkich społeczności (Słowianie pomorscy z lekceważeniem odnosili się do misjonarzy dosłownie rozumiejących ewangeliczne nauki o ubóstwie i których cały majątek znajdował się w torbie podróżnej).
(61) W porównaniu z południową częścią Połabia położenie prawne Słowian w jego północnych rejonach było niezwykle trudne. Np. nigdzie nie słyszymy o równouprawnieniu mowy słowiańskiej w sądach, które w średnim biegu Łaby i nad Salą było zwyczajem dość częstym. W Miśni z sądów mowę słowiańską usunięto dopiero w 1424 roku, J. Nalepa, Słowiańszczyzna Północno-Zachodnia. Podstawy jedności i jej rozpad, Poznań 1968.
(62) Byli to m.in.: Bratass (Bratosz), Foye (Woj), Feyelke (Wojik), Goley (Goły), Kortatz (Chart), Koval (Kowal), Robasche (Robasz), Keiatze(Gojacz-lekarz), Techan (Ciechan), Voyetechen (Wojeciech), zob. H. Witte, Wendische Zu- und Familiennamen, 1906, www.dlib.uni-rostock.de.
(63) Zamieszkiwali następujące miejscowości: Bennin, Blussen, Grieben, Gross Bunsdorf, Herrnburg, Klein Bunsdorf, Lindow, Lubseerhagen, Malzow, Manzerdorf, Rabensdorf, Schwanbeck, Zrnewenz, zob. H. Witte, Wendische Zu- und Familiennamen, 1906, www.dlib.uni-rostock.de
(64) Zachowała się informacja mówiąca o tym, że w miejscowości Schwaberow niedaleko Hagenow w roku 1779 żył człowiek nazywany"Cludas", co w słowiańskim narzeczu miało oznaczać człowieka o szerokich lub kościstych biodrach, H. Witte, Wendische Zu- und Familiennamen,1906, www.dlib.unirostock.de. Kto nadał mu to przezwisko? Niemcy czy osoby rozumiejące co ono oznaczało?
(65) Schwedische Landesaufnahmen vor Vorpommern 1696/97.Kreis Grimmen, www.schwaben.de
(66) Nazwiska wymienionych chłopów przypominają bardzo nazwy osobowe XVI, XVII i XVIII wiecznych kaszubskich włościan z okolic Słupska, Lęborka i Bytowa, zob. K. Ślaski, Przemiany etniczne na Pomorzu Zachodnim w rozwoju dziejowym, Poznań 1954 oraz wykazy mieszkańców wsi kaszubskich sporządzone w 1717 r., www.stolper-lande.de
(67) Schwedische Landesaufnahmen 1693 oraz Chronik von Rankwitz und des Lieper Winkels, www.rankwitz.de
(68) Dokładnie Lieper Winkel i sąsiadujące z nim od południa okolice.
(69) Heiratsregister Benz ab 1643 i Heiratsregister Mönchow ab 1680, www.rankwitz.de
(70) Wyciąganie wniosków o charakterze etnicznym na podstawie nazw osobowych jest zawsze obarczone pewnym ryzykiem. Nie mniej w dobie średniowiecza i wczesnym okresie dziejów nowożytnych miana o zabarwieniu słowiańskim i germańskim najczęściej nosiły osoby odpowiednio przynależne do danych etnosów. Przypadki, gdy cudzoziemcy używali imion (a później nazwisk) słowiańskiego pochodzenia zdarzały się sporadycznie. Sytuacje odwrotne całkiem często. Np. XII-wieczni słowiańscy chłopi spod Erfurtu: Luzicho, Odalrich, Kuno i Harald, W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w., Poznań 1887.
(71) D. Frank, Alt und neues Meklemburg, Güstrow-Leipzig 1753, w: W. Bogusławski, Dzieje Słowiańszczyzny północno-zachodniej do poł. XIII w., Poznań 1887. Istnieją nawet wzmianki mówiące o tym, że jeszcze ok. roku 1780 na obszarze Jabelheide żyli starcy znający do pewnego stopnia słowiańską mowę, G. Lisch, Geschichte Comthurei Kraak und der Priorei Eixen, s. 6-8, przypis 4, www.portal.hsb.hs-wismar.de. Czy jako pewnik wypada przyjąć, że "znajomość" ta polegała już tylko na używaniu poszczególnych zwrotów albo nawet pojedynczych słów?



Adam SENGEBUSCH urodził się 8 stycznia 1969 r. w Bydgoszczy. Ukończył Technikum Chemiczne im. I. Łukasiewicza, a następnie UKW na kierunku historia. Absolwent studiów podyplomowych Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Od kilkunastu lat pracuje w branży logistycznej. Żonaty, jest ojcem dwóch córek.
W drugiej połowie lat osiemdziesiątych uczestniczył w działalności Federacji Młodzieży Walczącej (m.in. wydawał i kolportował niezależne pismo "Bez cenzury"), a następnie współtworzył w regionie kujawsko-pomorskim odrodzone struktury Konfederacji Polski Niepodległej. Członek Rady Politycznej KPN odpowiedzialny za funkcjonowanie struktur młodzieżowych. W roku 1991 podczas pierwszych powojennych wolnych wyborów do polskiego parlamentu uzyskał mandat poselski z okręgu bydgoskiego.
Hobbystycznie zajmuje się zagadnieniami związanymi z wczesnymi dziejami Słowiańszczyzny oraz historią etniczną Europy. Autor licznych recenzji książek historycznych oraz artykułów poświęconych przemianom etnicznym w naszej części kontynentu (m.in.: "Wspomnienia o Słowianach Połabskich" i "Germanie na ziemiach polskich w zaraniu Średniowiecza").


W położonym na terenie Dolnej Saksonii mieście Lüchow nie znajdziemy wielu zabytków średniowiecznych. Jednym z nielicznych jest wieża zamkowa stanowiąca ocalałą część niegdyś potężnej budowli. Obecnie wykorzystuje się ją jako miejsce eksponowania zbiorów historycznych i etnograficznych miejscowego muzeum. Ciekawym eksponatem, a raczej pomocą naukową, jest mapa zatytułowana "Die Ostsiedlung von 1100 bis 1400" obrazująca postępy niemieckiej kolonizacji na terenach Europy Środkowej. Niemałe zdziwienie wywołało we mnie "odkrycie", iż według autorów owej mapy do roku 1300 praktycznie całe Pomorze Zachodnie, Łużyce, Śląsk, Ziemia Lubuska i Ziemia Chełmińska zasiedlone zostały osadnikami z Zachodu. Mało tego! Do schyłku XIV w. mowa niemiecka miała opanować Pomorze Środkowe i południową Małopolskę. (...) To, że objęcie w posiadanie przez feudałów saskich np. Ziemi Lubuskiej nie oznaczało zniknięcia w tym samym momencie dotychczasowych mieszkańców tej krainy, jakby nikogo z niemieckich propagatorów historii nie interesowało. Oczywiście, zrozumiałą jest germańska troska o wyświetlenie przede wszystkim dziejów swych językowych protoplastów, ale ignorowanie lub co gorsza, fałszowanie bardzo istotnego rozdziału historii nie służy Prawdzie. Całe szczęście, że odpór przytoczonym tezom dawali i nadal czynią to z mniejszym lub większym powodzeniem polscy naukowcy. Brakuje może bardziej intensywnej popularyzacji historii etnicznej wymienionych terenów, lecz w związku ze wzmagającym się zainteresowaniem własną przeszłością szerokich rzesz obywateli naszego kraju jest to - jak sądzę - wyłącznie kwestią czasu. (...)
Wieloletnia dyskusja nie przyniosła rozstrzygnięcia, które zostałoby zaakceptowane przez zwaśnione obozy i interesująca nas kwestia wciąż pozostaje sporną. Nim zatem świat nauki wypracuje oficjalną wykładnię zagadnienia pozostaje miejsce na pojawianie się głosów spoza ścisłego grona uczonych. Tę lukę postanowiłem - póki czas - wykorzystać. (...)
Dodać należy, że uczynienie bohaterami mojego szkicu słowiańskich mieszkańców północnego Połabia, bez uwzględniania losów rodzimej ludności centralnej i południowej części tego regionu, jest zabiegiem celowym. Przyczyny są dość proste. Pierwsza, wynika z tego, że choć Wieletami, Obodrytami, Ranami i Drzewianami z Wendlandu zajmowano się stosunkowo często, to ostatnimi czasy - w przeciwieństwie do Serbołużyczan - podejmowano jedynie nieliczne próby przedstawienia ich losów w popularnej formie. Równie istotnym jest fakt, iż na ogół uwaga badaczy koncentruje się na okresie, gdy plemiona te wiodły niepodległy byt, a ostatnie dni trwania odrębności etnicznej Słowian w Meklemburgii czy na Rugii zbywa się zwykle okrągłymi formułkami. W moim przekonaniu niezasłużenie.
Niniejsze opracowanie powstało jako wyraz osobistych zainteresowań i jako takie z pewnością nie wyczerpuje zagadnienia. Zawarte w nim spostrzeżenia, uwagi i wnioski stanowić mają jedynie impuls dla innych pasjonatów historii, posiadających odpowiednie przygotowanie i sprawniejszy warsztat do zaktywizowania prac nad uaktualnieniem oraz pogłębieniem wiedzy o losach północno-zachodniego odłamu Słowian Lechickich.


Autor: Adam SENGEBUSCH - ze wstępu do cyklu artykułów o Słowiańszczyźnie Zachodniej, opatrzonego dedykacją autora:"Przodkom poświęcam".