środa, 4 czerwca 2014

Etnograficzne Źródła Słowiańszczyny: BOHDAN BARANOWSKI - LATAWCE I PŁANETNICY

Niemal u wszystkich ludów stojących na prymitywnym stopniu rozwoju kulturalnego zjawiska meteorologiczne tłumaczone są zwykle siłami nadprzyrodzonymi.




Planetnik
Autor: Marta Emilia


Potężny huragan, wyrywający z korzeniami drzewa, lub rozwalający domy, wyjaśniano gniewem groźnego bóstwa lub specjalnego demona kierującego wiatrem i chmurami. Pioruny spadające z nieba na ziemię i zabijające ludzi lub bydło czy też wzniecające pożary domostw i zagród, też były rzucane z góry przez zagniewane bóstwa lub demony. A wreszcie zarówno dla ludów rolniczych, jak i pasterskich olbrzymie znaczenie miał deszcz. Groźne ołowiane chmury pojawiające się na krańcach horyzontu zwiastować mogły koniec suszy i życiodajny deszcz, jak również niszczący zbiory grad. l one w wierzeniach ludów pierwotnych kierowane były przez bóstwa czy też demony rządzące wiatrami lub kierujące w tajemniczy sposób chmurami. Odpowiednimi ofiarami, modlitwami czy też zaklęciami można je było przyciągnąć lub też oddalić, w zależności od tego, czy w danej porze roku deszcz był potrzebny, czy też mógł przynieść zniszczenie lub znaczny ubytek zbiorów.

Ze zrozumiałych więc przyczyn i u dawnych Słowian według wszelkiego prawdopodobieństwa istniała szeroko rozpowszechniona wiara w bóstwa i demony rządzące takimi siłami przyrody, jak burzami, piorunami, huraganami, wiatrami, chmurami, gradami i deszczami. Dokładne ustalenie tych dawnych przedchrześcijańskich wierzeń słowiańskich w bóstwa lub demony rządzące siłami powietrznymi, jest niemożliwe. Nasze informacje pochodzące z dawnych źródeł pisanych są na ogół bardzo skąpe i niejasne. Wyciąganie zaś na ten temat wniosków ze źródeł etnograficznych jest mocno niebezpieczne, gdyż na różnych terenach ziem słowiańskich wierzenia te w ciągu wieków uległy olbrzymim wpływom obcym, niekiedy związanym ze specyfiką religijną danego terenu, wpływom innych elementów etnicznych itp.
Na wierzenia demonologiczne ludu polskiego bardzo duży wpływ wywarła literatura "fachowa" z czasów kontrreformacji. W bardzo wyraźny sposób wystąpiły tu tendencje zastępowania dawnych bóstw lub demonów przyrody, która z pewnością na ziemiach polskich była jeszcze bardzo silna w XVI czy nawet w XVII w., przez istoty piekielnego pochodzenia. Bez większego trudu można było przedstawić w wierzeniach ludowych w miejsce demona przyrody rządzącego burzami i wiatrami diabła. Typowym przykładem tego typu literatury "fachowej" może być książka Stanisława z Gór Poklateckiego, która wyszła drukiem z krakowskich oficyn drukarskich roku pańskiego 1595 pod dość znamiennym i jak na owe czasy typowym odpowiednio długim tytułem: "Pogrom czarnoksięskie błędy, latawców zdrady i alchimickie fałsze, jako rozpłasza, za pozwoleniem zwierzchności spisany od Stanisława z Gór Pokłateckiego, na ochronę zbawienia ludzkiego wydany". Jedna z części tego dzieła nosiła zaś tytuł: "Księgi piąte zdrady latawców jawne czynią" i zawierała następujące rozdziały: "1. Co jest latawiec. 2. Czemu latawce znoszą nabożeństwo i pobożność chrześcijańską. 3. Obrona przeciw latawcom."

Płanetnik


Dość trudno jest stwierdzić, jak dużą poczytnością cieszyło się dzieło Stanisława z Gór Poklateckiego i w jakim stopniu wpłynęło ono na ukształtowanie się bardzo często spotykanego wierzenia łączącego działalność dawnych demonów powietrznych z siłami piekielnymi. Z pewnością prosty chłop nie czytał uczonych wywodów tego pisarza. Docierały one jednak do ludzi znających trudną sztukę czytania, a więc mieszczan, szlachty, nauczycieli ludowych, księży. Szczególnie ci ostatni w kazaniach swych przenosili wyczytane poglądy literatury "fachowej" do świadomości szerokich mas ludowych. Być może bez większego trudu udało się przekonać część wiejskich słuchaczy, że ów złowrogi demon, kierujący siłami powietrznymi, burzami, gradami, czy też chmurami, to nie tylko istota demoniczna o specyficznej nazwie występującej na danym terenie, ale również jest to przedstawiciel piekieł, desygnowany przez swe czartowskie władze do kierowania groźnymi żywiołami na przekór potrzebom ludzkim.
Tego typu poglądy co Stanisław z Gór Poklatecki głosili również w swych "traktatach" inni autorzy piszący na tematy demonologiczne. W sposób może trochę odmienny, ale też tłumaczący złowrogą działalność wobec ludzi powietrznych sił przyrody, jako przejaw mocy piekielnych i sprzymierzonych z nimi czarownic wyjaśniał wiele spraw z tym związanych polski przekład "Młota na czarownice", dalej różni autorzy polscy, jak np. "Peregrynacyja dziadowska" z początku XVII w. Czy też w połowie XVIII stulecia, osławiony ks. Benedykt Chmielowski, który w "Nowych Atenach" wyjaśniał, jak to diabły i czarownice potrafią "na ludzkie nieszczęście" wywoływać burze, huragany, wiry powietrzne, czy też powodował suszę lub nadmierne opady deszczowe.

Powoli tego rodzaju poglądy coraz to silniej wtapiały się w demoniczne wierzenia ludowe. Nigdy jednak nie wyparły w zupełności dawnych wierzeń przedchrześcijańskich w demonologiczne personifikacje natury, w demony powietrzne o bardzo różnej nazwie. Do ostatnich niemal czasów relikty ich pozostały silne, chociaż przeważnie przemieszały się z późniejszymi naleciałościami.

Bardzo trudno jest natomiast prześledzić, jakiego pochodzenia są wierzenia dotyczące "dusz potępionych", którym władze niebiańskie wyznaczyły jako miejsce pobytu powietrzne przestworza.
Być może mamy tu znów pomieszane relikty dawnych przedchrześcijańskich wierzeń z różnego rodzaju późniejszymi importami, wywodzącymi się z zupełnie innych terenów etnicznych, które przez pseudoteologiczną literaturę chrześcijańską zawędrowały na ten teren.

Samobójstwo zarówno w wierzeniach dawnych Słowian, jak i w religii chrześcijańskiej, uważane było za ciężkie przestępstwo. Według zasad katolicyzmu zamykało ono duszy samobójcy bramy niebiańskie, skazywało ją na wieczne potępienie. Otóż w różnych pracach teologicznych, które powstały zarówno na terenie bizantyjskiej kultury kościoła wschodniego, jak i na obszarach, na których panował katolicyzm (Włochy, Hiszpania, Francja, Niemcy), czy wreszcie i w krajach protestanckich (szczególnie w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Szwecji), dusze samobójców, którzy pozbawiali się życia przez powieszenie, skazane były na wieczne potępienie i przebywanie w przestworzach powietrznych.

W niektórych znów wierzeniach, występujących zarówno na terenach katolickich, protestanckich lub prawosławnych, uszczęśliwione diabły, gdy dostały w swą moc duszę potępieńca, który odebrał sobie życie przez powieszenie, rozpoczynały straszliwą hulankę, która przejawiała się w huraganach lub wirach powietrznych.

Tak więc w mniemaniu ludu istoty powietrzne kierujące wiatrami lub chmurami mogły być bardzo różnego pochodzenia, a więc diabłami, specjalnymi demonami powietrznymi, duszami wisielców, duszami dzieci nie chrzczonych lub różnego typu innych potępieńców. Z pewnością dawniej, być może jeszcze w początkach XX w., można byłoby sporządzić mapę, na której udałoby się skartować silniejsze lub słabsze występowanie poszczególnych wierzeń. Już jednak w latach, w których prowadziłem swoje badania terenowe na obszarze ówczesnych województw łódzkiego, kieleckiego, warszawskiego i białostockiego, a więc mniej więcej 1934-1966, było to już prawie niemożliwe. Odpowiedzi informatorów były przeważnie mało precyzyjne. W olbrzymiej większości uważali oni, że owe demony przyrody mogą być bardzo różnego pochodzenia, częściowo więc były to diabły, częściowo dusze potępione, częściowo specjalne istoty demoniczne, latawce, płanetniki itp. Próby statystycznego przedstawienia tych wierzeń zależały zaś w dużym stopniu od kwestionariusza ustalonego przez prowadzącego badania. Tak np. na terenach leżących nad dolną Narwią (dawny powiat pułtuski, makowski i ostrołęcki) 51% informatorów uważało, że demony powietrzne mogą być różnego typu, 32% uważało, że są to dusze potępione, 14% uznawało ich za przedstawicieli piekieł i 3% za specjalne demony powietrzne. Wyniki badań przeprowadzonych na terenie środkowego Nadpilicza (dawny powiat rawski, piotrkowski, opoczyński i konecki) wykazały, że zaledwie 47% informatorów wierzyło, że mogą to być istoty różnego typu, 31% zaliczało je do dusz potępionych, 18% do przedstawicieli piekieł, 4% do specjalnych istot demonicznych. Na terenach leżących nad górną Wartą (dawny powiat pajęczański i wieluński) aż 71% informatorów przyjmowało, że są to istoty różnych typów, 11%, że są to dusze potępione, 10%, że diabły, a 8% specjalne istoty demoniczne.

W Kutnowskiem i Łęczyckiem również 71% informatorów podawało, że są to istoty różnych typów, 16% dusze potępione, 11% diabły, 2% specjalne istoty demoniczne. Na północnej Białostocczyźnie (teren dawnego powiatu Augustów, Dąbrowa, Mońki) wyniki były trochę inne: 38% istoty różnych typów, 38% dusze potępione, 21% diabły, 3% specjalne istoty demoniczne. Na południowej Białostocczyźnie (dawny powiat siemiatycki), gdzie badania prowadziłem dopiero w 1974 r., wyniki były znów zupełnie odmienne, nie wiadomo jednak czy spowodowane specyfiką terenu, czy też tym, że relikty wierzeń demonologicznych zatarły się już bardzo poważnie nawet we wspomnieniach najstarszych mieszkańców wsi. Zaledwie 23% informatorów uważało, że są to istoty różnych typów, 47% dusze potępione, 28% diabły, 2% specjalne istoty demoniczne.

Podam tu również wyniki nie drukowanej jeszcze, nadzwyczaj wnikliwej i interesującej pracy Leonarda Pełki o istotach demonicznych w wierzeniach ludowych terenu dawnego województwa lubelskiego i rzeszowskiego. Kwestionariusz tego badacza był zupełnie inaczej ułożony, stąd też i odpowiedzi były zupełnie inne. Według nich w Lubelskiem 56,1% informatorów uważało demoniczne istoty powietrzne za dusze pokutujące (22,8% dusze wisielców, 13,6% dusze nie ochrzczonych dzieci, 9,1% dusze złych ludzi potępionych, 7,6% dusze pokutujące grzeszników, 1,5% dusze ladacznic, 1,5% inne bliżej nie określone dusze ludzkie), natomiast 43,9% za diabły, "nieposłuszne anioły" i "duchy złe".


Natomiast w Rzeszowskiem według wyników badań tego autora, aż 89,6% stanowiły dusze pokutujące (41,3% dusze wisielców, 13,8% dusze pokutujących grzeszników, 10,3% dusze nie chrzczonych dzieci, 6,9% dusze złych ludzi potępionych, 6,9% dusze topielców, 3,5% dusze ludzi zmarłych gwałtowną śmiercią, 6,9% inne bliżej nie określone dusze ludzkie), natomiast 10,4% diabły i "duchy złe".

Pozornie różnice między wynikami moich badań, a badań prowadzonych przez L. Pełkę są bardzo duże. Wydaje mi się jednak, że w znacznym stopniu są one wywołane ustawieniem kwestionariusza i brakiem u tego badacza pytania, czy być może w tradycji ludowej nie zachowały się wierzenia, że w powietrzu przebywają różne istoty demoniczne, a więc zarówno dusze potępione, istoty piekielne czy wreszcie i specjalne demony powietrzne.

Otóż opierając się zarówno na swoich własnych badaniach terenowych, badaniach moich uczniów, odpowiedziach na kwestionariusze zbieranych przez studentów, publikowanych materiałach etnograficznych, jak również i na literaturze przedmiotu, sformułowałbym przypuszczenie, że niemal na całym terenie Polski przemieszane były wierzenia, że powietrzne istoty demoniczne to pokutujące dusze (najczęściej zresztą wisielców), istoty piekielne (a więc najczęściej specjalne diabły powietrzne, jak np. bardzo dobrze znany z opowiadań z terenu środkowej Polski tzw. Kusy Jasio, niekiedy wypędzone z nieba nieposłuszne anioły), a wreszcie specjalne powietrzne demony o dość różnych nazwach, o których dalej będzie obszerniejsza wzmianka.

Z pewnością w końcu XIX i w początkach XX stulecia na całym obszarze ziem polskich najczęściej utożsamiano demony powietrzne z potępionymi duszami wisielców czy też innego typa samobójców, dzieci nie chrzczonych, kobiet lekkiego prowadzenia i innych osób skazanych na wieczne potępienie czy też na wieloletnią pokutę. Nie miałbym jednak pewności, czy tego rodzaju wierzenia były dominujące i w poprzednich stuleciach. Według moich przypuszczeń, które będę się starał udowodnić w specjalnej monograficznej pracy w okresie tzw. reakcji katolickiej, a więc w XVII i XVIII w., najczęściej łączono postacie demonów powietrznych z istotami piekielnymi, czy znacznie rzadziej z nieposłusznymi aniołami, które przepędzone z nieba znalazły się już pod władzą szatana lub też znajdowały się na drodze do dostania się pod wpływy piekieł. Natomiast prawdopodobnie we wcześniejszych stuleciach, to znaczy w średniowieczu, a być może i w XVI w., w wierzeniach szerokich rzesz ludności dominował pogląd, że istnieją specjalne istoty demoniczne, rządzące burzami, wiatrami i chmurami, których domeną były przestworza powietrzne.

Przypuszczam, że zarówno w XVII, XVIII, XIX, jak i w początkach XX stulecia, wierzenia w specjalne istoty demoniczne władające żywiołami powietrznymi, najbardziej rozpowszechnione były na terenach południowo-zachodnich ziem polskich, a więc na Śląsku, w zachodniej Małopolsce, południowej Wielkopolsce, Sieradzkiem, Wieluńskiem. Naturalnie sprawdzenie prawdziwości tych przypuszczeń jest dziś już zupełnie niemożliwe, gdyż w ostatnich dwudziestu latach prawie zupełnie zatarły się te wierzenia w tradycji ludowej, a relikty ich, które się jeszcze zachowały, są bardzo niejasne i mało precyzyjne.
Nie zachowały się zbyt dokładne informacje, jak nazywały się dawne demony powietrzne. W tekstach z XVI, XVII i XVIII w. wymieniane są one najczęściej pod nazwą "latawców" lub "diabłów powietrznych". Przypuszczać można, że ta druga nazwa, związana z chrześcijańską koncepcją wiary w dobre i złe moce rozpowszechniła się znacznie później. Natomiast nie mamy żadnej pewności czy nazwa "latawców" wywodzi się jeszcze z czasów przedchrześcijańskich, czy też wprowadzona została później i zastąpiła jakieś dawniejsze, już dziś nieznane nazwy.

Obłocznik
Źródło: http://www.demoty.pl/

W niektórych okolicach występowały również nazwy "obłoczników", "chmurników", "wietrzników" lub "powieszników". Pierwsze trzy dość wyraźnie łączą się z wiarą, że demoniczne istoty powietrzne kierują obłokami, chmurami i wiatrami. Natomiast czwarta wywodzi się z szeroko rozpowszechnionych wierzeń, że wszystkie czy też część demonicznych istot powietrznych, to potępione dusze wisielców. Żadna jednak z tych nazw ani w końcu XIX ani w pierwszej połowie XX w. nie była szerzej rozpowszechniona. Co najwyżej niektórzy z informatorów słyszeli, że tak dawniej nazywano "duchy" powietrzne. Trudno jest też wysuwać jakieś przypuszczenia dotyczące szerszego rozpowszechnienia tych nazw w poprzednich stuleciach.
Nie wiemy wreszcie, czy nazwy diabłów występujące w niektórych tekstach literatury staropolskiej lub w zeznaniach składanych przez domniemane czarownice przed władzami sądowymi, w rodzaju "Świstun", "Pogwizd" itp. są echem dawnej demonologii przedchrześcijańskiej, czy też stworzone zostały przez bujną fantazję ludzi XVI-XVIII stulecia. Wreszcie innym zupełnie zagadnieniem jest sprawa nazwy "płanetnik". Otóż, jak i o tym dalej będzie wzmiankowane, w tradycji ludowej najczęściej wiąże się ona z ludźmi, którzy posiadali specjalny dar kierowania chmurami. Dość często jednak, i to na bardzo różnych terenach ziem polskich, nazwa "płanetnik" oznacza istotę demoniczną kierującą siłami powietrznymi. Otóż nasuwać się tu może pytanie, czy pierwotna nazwa "płanetników" oznaczała ludzi posiadających nadprzyrodzony dar kierowania powietrznymi siłami przyrody, a następnie przeszła na poprzednio inaczej nazywane demony powietrzne; czy też odwrotnie nazwa demonów powietrznych przylgnęła do osób posiadających możliwości kierowania siłami powietrznymi. Sama zresztą etymologia tej nazwy, wywodzi się prawdopodobnie od obcego w językach słowiańskich słowa "planeta". W niektórych jednak okolicach "płanetami" nazywano chmury i można przypuszczać, że nazwa płanetnik wywodziła się od "płanety" czyli chmury, a nie od planety. Termin ten, zresztą obcego pochodzenia, mógł pojawić się na wsi polskiej najwcześniej w XVI stuleciu.

Osobnym wreszcie zagadnieniem jest to, w jaki sposób lud wyobrażał sobie istoty demoniczne, a więc dusze potępione, "diabły powietrzne", czy też specjalne demony powietrzne w rodzaju "latawców". l w tym zakresie dane zanotowane przez dawniejszych badaczy polskiej demonologii ludowej, moich uczniów, czy nawet i przeze mnie samego, są bardzo różne. Odnosi się wrażenie, że w tradycji nie zachowała się żadna charakterystyczna postać tej demonicznej istoty, typowa dla całego obszaru ziem polskich, czy też tylko dla jakiegoś większego regionu. Dało to więc możność do puszczenia wodzy fantazji poszczególnych narratorów. Stąd też wyliczyć można olbrzymią listę postaci, które posiadały czy też tylko okresowo przybierały demoniczne istoty powietrzne.

Najczęściej w relacjach narratorów te demoniczne istoty powietrzne miały kształty ludzkie. Czasami więc był to maleńki karzełek czarno ubrany, w mokrej czapie i kapocie, posiadający wronie skrzydła. Kiedy indziej znów był to garbus o potwornej twarzy, który wzbijał się w powietrze machając rękoma o olbrzymich dłoniach. Niekiedy znów był to chudy mężczyzna o śmiertelnie bladej twarzy z pręgą na szyi od postronka, na którym się powiesił, z wielkim językiem wysuniętym z ust. W relacjach innych informatorów było to maleńkie dziecko biało lub czarno odziane, niekiedy o nogach obrośniętych sierścią lub piórami, dziewczyna ubrana w wilgotną białą suknię, stara pokraczna baba w łachmanach itp. Niekiedy znów był to typowy diabeł z jednym kopytem u nogi, z rogami, oddychający zapachem siarki.

Dość często ów demon powietrzny pokazywał się ludziom w postaci zwierzęcia, ptaka, ryby, gada. A więc był to fruwający czarny pies, czarny kot, czarny baran, kozioł, koń, szczur, nietoperz, sowa, wrona, czarna ryba, żaba, jaszczurka, wąż. Wielokrotnie i to na różnych terenach, pojawia się wzmianka o powietrznej istocie demonicznej, która posiadała postać małej czarnej małpki. Otóż nasuwać się tu może pytanie, od jak dawna wieś polska zaznajomiła się z tym egzotycznym zwierzęciem. Przypuszczać można, że było ono już znane tam w XVI w., gdy po wsiach krążyli różni kuglarze pokazujący noszone ze sobą małe małpy.

Wreszcie według innych opowiadań był to kościotrup ludzki lub zwierzęcy; dziwne straszydło o ludzkim kształcie z głową psa i skrzydłami; ptak z ludzką czaszką zamiast głowy; nietoperz z głową wisielca i typową pręgą po powrozie na szyi i wystającym wielkim językiem, ognisty smok itp.
Kiedy indziej demon powietrzny miał się jakoby pokazywać w postaci czarnej szmaty, uplecionego ze słomy bałwana, postronka z pętlą, na którym się samobójca powiesił, ociekającej wodą wiązki siana lub wodorostów itp.

Wreszcie w wierzeniach ludowych różnych części Polski demon powietrzny był bardzo często istotą niewidzialną, lub też pojawiał się w postaci małej chmurki, powiewu wiatru, wiru powietrznego itp. Nie przeszkadzało mu to zresztą, że pod taką postacią prowadził z ludźmi rozmowy, dawał im rozkazy lub pouczenia.

Stosunek demonów powietrznych do ludzi był przeważnie wyraźnie negatywny. Z dużą satysfakcją wyrządzały one ludziom szkody, a więc odpędzały chmury mające przynieść upragniony deszcz, sprowadzały grady, huragany, wiry powietrzne. We wsi Sielc w dawnym powiecie makowskim na wschodnim Mazowszu, posiadającej częściowo lekkie i piaszczyste ziemie, jeszcze w czasie panującej tam majowej i czerwcowej suszy w 1903 r. widziano jakoby fruwających wisielców, którzy przy pomocy trzymanych w rękach wronich skrzydeł, odganiali deszczowe chmury. W Konopnicy nad Wartą, w dawnym powiecie wieluńskim w bliżej nie określonym roku (gdzieś w ostatnich latach XIX stulecia) widziano znów, jak olbrzymie czarne nietoperze pędziły na wieś gradową chmurę, która w znacznej części spowodowała zniszczenie zbiorów. W Lipsku nad Biebrzą, na północnym Podlasiu, również w bliżej nieokreślonym roku, gdzieś na przełomie XIX i XX stulecia, nad osadą pojawił się tańczący kościotrup. Spowodował wir powietrzny, który porozrzucał stogi z sianem, powywracał płoty, pozrywał poszycie z dachów.
Niekiedy powietrzna istota demoniczna mściła się za doznaną zniewagę lub też nieokazanie pomocy. Właściciel wiatraka z okolic Mielnika na południowym Podlasiu spotkał na drodze kulawego dziada, w mokrych łachmanach, który skoczył na jego wóz i bez prośby o pozwolenie chciał przejechać kawałek drogi. Oburzony jego bezczelnością "wiatracznik" spędził go batem z wozu. Wówczas ów dziad opuścił postawiony kołnierz kapoty i pokazał pręgę po powrozie na szyi, a wysuwając z ust długi wisielczy język zapowiedział mu swą zemstę. Na drugi dzień w piękny lipcowy dzień pojawił się ów dziad i wymachując w dziwny sposób rękoma spowodował wir powietrzny, który wywrócił wiatrak.

Wiatracznik
Źródło: losyziemi.pl

W Ciebłowicach w dawnym powiecie opoczyńskim bogaty, ale nadzwyczaj skąpy chłop, przepędził starego żebraka w wilgotnej kapocie. Poszczuty psami żebrak pofrunął w powietrze. A nie minęła i godzina, gdy na pole złego bogacza spadł grad, który zupełnie zniszczył jego zbiory. Ku zdziwieniu sąsiadów grad nie wyrządził żadnej szkody na działkach należących do innych gospodarzy.

Podochocony wódką młynarczyk z Kochlewa w Wieluńskiem wyśmiewając się z zabobonnych "wiatraczników", którzy z tak wielkim szacunkiem odnoszą się do "latawców" miał się jakoby w karczmie wyrazić, że on "ma wszystkie latawce w d..." l oto nazajutrz, gdy był na grobli młyńskiej zerwał się straszliwy wiatr, który zrzucił go w odmęty Warty, gdzie poniósł śmierć.

Z drugiej jednak strony odpowiednio "uszanowane" powietrzne istoty demoniczne potrafiły być pomocne ludziom. Szczególnie właściciele wiatraków, którym zależało na tym, aby wiał korzystny wiatr, nie za słaby, ale i nie za mocny, posiadali według wierzeń ludowych, różne "sekreta", dzięki którym umieli sobie pozyskać względy tych dziwnych istot. Opowiadania o "wiatraczniczej" magii są szeroko rozpowszechnione na terenie całej niemal środkowej i północnej Polski. Trudno natomiast jest stwierdzić, czy w rzeczywistości dokonywali oni różnych zabiegów magicznych, czy też byli tylko o nie posądzani przez opinię wiejską. W trakcie przeprowadzanej inwentaryzacji zabytków dawnego budownictwa przemysłowego, stale zarówno ja sam, jak i moi współpracownicy, zadawaliśmy tego rodzaju pytania właścicielom istniejących jeszcze, czy też rozebranych w ostatnich czasach wiatraków. Prawie zawsze odpowiadali oni przecząco, twierdzili, że są to plotki opowiadane ongiś przez chłopów, i nie posiadające w sobie ani odrobiny prawdy. Jednocześnie jednak niektórzy z nich stwierdzali, że w rzeczywistości dawniej, "gdy ludzie na wsi jeszcze byli głupi", właściciele wiatraków, niekiedy nawet ich dziadkowie lub pradziadkowie, dokonywali pewnych zabiegów magicznych, dzięki którym mieli pozyskać pomoc ze strony powietrznych istot demonicznych. Miały to więc być różnego rodzaju magiczne zaklęcia, których już nie pamiętali, czy też nie chcieli powtórzyć, specjalne krótkie przemówienia, tzw. niekiedy "wiatrowe modlitwy".
Dość niejasno natomiast rysuje się sprawa tzw. "darów", które jakoby mieli "wiatracznicy" składać powietrznym istotom demonicznym. Wiejskie plotki powtarzały o tego rodzaju praktykach. Nikt natomiast ze środowiska młynarskiego nie potwierdzał tego. Naturalnie można wysunąć tu przypuszczenie, że były to sprawy zbyt wstydliwe, aby obecnie ktoś chciał się przyznać, że jego ojciec lub dziadek składał ofiary, mające mu zapewnić pomoc ze strony powietrznych mocy.

Wiatracznik
Źródło: lubimyto.pl

W Wieluńskiem i Radomszczańskiem słyszałem od informatorów, zresztą nie najbardziej kompetentnych, że niektórzy właściciele wiatraków posiadali specjalne czarne kozy. Mleko od takiej kozy należało jakoby w specjalnym naczyniu ustawić na którejś z belek wiatraka, albo wylać na jego skrzydła. "Ofiara" ta miała zapewniać pomoc ze strony owych istot demonicznych, które nakierowywały na skrzydła wiatraka odpowiednio silny, ale niezbyt porywisty wiatr.

Osobnym zagadnieniem może być sprawa ludzi posiadających specjalne umiejętności kierowania wiatrem lub chmurami, tzw. "płanetników", "chmurników", "obłoczników" itp. Wiara w nich rozpowszechniona była ongiś na bardzo wielu terenach, a być może na całym niemal obszarze ziem polskich. Dość ciekawe są nie publikowane zestawienia L. Pełki z terenu Lubelskiego i Rzeszowskiego dotyczące określenia ludzi posiadających jakoby władze nad chmurami. Otóż w Lubelskiem 52,0% informatorów wymieniało "płanetników", 4,0% "prowadierów chmur", 2,0% "przewodników", 2,0% "rozganiaczy chmur", 2,0% "czarowników od chmur", 2,0% owczarzy, 2,0% murarzy, 2,0% stare panny, natomiast 32,0% nie podawało żadnej specjalnej nazwy. W Rzeszowskiem natomiast aż 65,8% uważało, że władze nad chmurami posiadają "płanetnicy", 7,9% "czarnoksiężnicy", 5,4% "chmurnicy", 2,6% "chmurotwórcy", 2,6% "trzymacze chmur", 2,6% znachorzy, 2,6% ludzie mający z "diabłem do czynienia", sporo zaś nie podawało żadnej specjalnej nazwy.

Z moich badań terenowych, których nie próbowałem zresztą ujmować liczbowo, wynika, że zarówno na terenie dawnego województwa łódzkiego, kieleckiego, warszawskiego i białostockiego, najbardziej rozpowszechniona była nazwa "płanetników". Z dość ciekawą natomiast nazwą, nigdzie indziej nie występującą, spotkałem się na wschodnim Mazowszu (Gnojno i Boby w dawnym powiecie pułtuskim oraz Sielc i Bindużka w dawnym powiecie makowskim), a mianowicie "gradownicy". Z pewnością początkowo oznaczała ona ludzi, którzy w wierzeniach ludowych umieli ściągać grad lub też odpędzać gradowe chmury.
Wierzenia dotyczące "płanetników" zapisane przez dawniejszych badaczy kultury ludowej, a także zebrane przez moich uczniów i przeze mnie samego są bardzo różne. Odnosi się wrażenie, że w tej dziedzinie nie było nigdy silnie rozpowszechnionych wzorców, które kształtowały w wielu dziedzinach wierzenia ludowe. A przeciwnie brak tych ustalonych wzorców powodował, że fantazja poszczególnych ludzi miała tu wiele możliwości do wyżycia się. Stąd też przeróżne fantastyczne opowiadania o działalności "płanetników" i osób posiadających takie jak i oni właściwości.

Prawie nigdzie nie było ustalonego poglądu czy właściwości "płanetnika" posiada się od urodzenia, czy też nabywało się je poprzez wtajemniczenie. W Osjakowie w Wieluńskiem opowiadano mi o dziecku, które leżąc jeszcze w kołysce potrafiło kierować chmurami. Wyrósł też z niego znakomity "płanetnik", który sprowadzał chmury deszczowe podczas suszy, oraz odpędzał od wsi groźne chmury gradowe. Nie wolno mu było jednak za to przyjąć pieniędzy, ani żadnych innych podarunków, l oto gdy raz połakomił się na dubeltówkę, którą mu ofiarował jeden z okolicznych ziemian w podzięce za sprowadzenie deszczowych chmur w czasie suszy, stracił te swoje cudowne właściwości.

Płanetnik
Autor: Robert Sawa


Niekiedy zdolności "płanetnika" były specjalną łaską niebios. Oto kulawy pastuszek z Gostkowa w dawnym powiecie pułtuskim podzielił się skromnym śniadaniem, które mu dała gospodyni, ze staruszkiem, który obok niego usiadł pod drzewem. W zamian ów staruszek, którym był św. Piotr, czy też według innej wersji św. Eliasz, nadał mu moc władzy nad chmurami, aby mimo swego kalectwa i ubóstwa, "miał szaconek u ludzi". Później stał się on wziętym "płanetnikiem", który sprowadzał chmury deszczowe oraz odpędzał gradowe. Czynił to zresztą nie dla pieniędzy, tylko "dla szaconku". Nigdy też nie używał swej tajemnej mocy na "szkodę" ludziom. Nawet wtedy, gdy chłopi z innej wsi (Obrytego) pobili bez żadnej przyczyny jego zięcia tak, że w następstwie tego zmarł, nie mścił się i chociaż mógł, nie sprowadzał na nich gradu.
Niekiedy jednak władzę "płanetnika" nad chmurami otrzymywało się z rąk diabelskich. Znane więc były opowiadania o chłopie, który zaprzedał duszę diabłu i otrzymał moc nad chmurami i wiatrami, którą wykorzystywał głównie na szkodę innych ludzi. Niekiedy, o czym zresztą jeszcze będzie wspomniane, w wierzeniach ludowych diabeł udzielał takiej mocy swym wspólniczkom czarownicom, też po to, aby na szkodę ludzką sprowadzały suszę, grady, burze i huragany.

Władzę "płanetnika" można też było osiągnąć za pomocą specjalnej nauki. Ongiś w Różanie nad Narwią był proboszcz, który jakoby podczas studiów w Rzymie nauczył się zamawiania chmur i burz. Posiadał on napisaną po łacinie książkę, z którą wychodził na ganek plebani i czytając odpowiednie zaklęcia powodował, że groźne chmury zawracały i uciekały w inne okolice. A wreszcie gdy była susza czytał inne zaklęcia, które powodowały, że nadciągały potrzebne w tym okresie chmury deszczowe. Raz jednak ów ksiądz, który zawsze czynił dobrze ludziom, wyjechał do chorego, a zazdroszczący mu sukcesów "zły płanetnik" szewc z tego miasteczka spowodował, że wir powietrzny porwał z biurka księdza ową księgę z zaklęciami i utopił ją w Narwi. Odtąd ów ksiądz stracił swą władzę "płanetnika".

Niekiedy właściwości "płanetnika" zyskiwało się przez specjalną czarodziejską laskę lub inny atrybut władzy. W Kleszewie koło Pułtuska mieszkał jakoby jeszcze "za pańszczyzny" (a więc przed 1864 r.) owczarz, który posiadał "czarodziejską" laseczkę, wykonaną z krzewu tarniny ściętego o 12 godzinie w nocy wtedy, gdy dzień św. Jana był we czwartek, a księżyc znajdował się w pełni. Machając ową laseczką i mówiąc specjalne zaklęcia miał jakoby możność podczas największej suszy przyprowadzić deszczowe chmury, a gdy było zbyt mokro spowodować odpędzenie takich chmur. Sława jaką się cieszył, powodowała, że właściciele ziemscy nawet z miejscowości odległych o kilkanaście mil w okresie suszy przysyłali po owczarza konie i płacili mu setki rubli. Olbrzymie zarobki spowodowały jednak to, że owczarz rozpił się i kiedyś po pijanemu zgubił ową laseczkę. Tak bardzo się tym przejął, że powiesił się, aby po śmierci dostać się do towarzystwa owych powietrznych demonów, rekrutujących się właśnie spośród wisielców.

Organista w Szelkowie w Makowskiem na wschodnim Mazowszu zdobył sznur po wisielcu, którym wymachując i mówiąc odpowiednie zaklęcia umiał odpędzić niepotrzebne chmury deszczowe lub gradowe. Natomiast nie posiadał on tej sztuki co wspomniany owczarz, który potrafił ściągnąć deszcz.
Naturalnie tego rodzaju opowiadania, nawet wówczas, gdy je słyszałem, a więc w latach trzydziestych, przyjmowane były przez przeważającą część opinii wiejskiej z dużym niedowierzaniem.

Zdarzali się wreszcie ludzie, którzy sami o tym nie wiedząc byli płanetnikami i ściągali do miejscowości, w której się znajdowali deszczowe chmury. W końcu XIX w. na terenie guberni łomżyńskiej zatrudniony był jakoby rosyjski urzędnik o nazwisku Nikiforow (?). Był to podobno nadzwyczaj wysoki mężczyzna, o wyjątkowo długich rękach i olbrzymich dłoniach, chodzący zawsze dziwacznie ubrany w kapelusz z wielkim rondem i pelerynę. Szeroko rozpowiadano o nim, że był płanetnikiem. Gdy pracował w Ostrołęce w okolicznych powiatach była jakoby susza, natomiast w okolicach tego miasta ustawicznie padały deszcze. Gdy go przeniesiono do Kolna tam deszczów było zbyt wiele, a w innych okolicach stale ich brakowało. l oto gdy któregoś roku susza poważnie dała się we znaki chłopom z posiadającego lekkie ziemie powiatu makowskiego wysłali oni jakoby delegację do Łomży z prośbą do gubernatora, aby zechciał przysłać owego Nikiforowa na teren Makowskiego. Jednak "prawosławny gubernator w Boga niewierzący" wyśmiał petentów i jakoby kazał ich wygnać ze swego gabinetu. Być może opowiadanie to częściowo było wymysłem narratorów. Możliwe jednak, że głęboko wierzący w płanetników chłopi mazowieccy rzeczywiście wysłali taką delegację do Łomży.

Z opowiadań z terenu Małopolski (Tyniec koło Krakowa) zapisanych w końcu XIX w. przez Seweryna Udzielę, okazuje się, że w wierzeniach niektórych chłopów płanetnikiem był Adam Mickiewicz. A działalność taką prowadził jeszcze po śmierci. Oto w tym czasie, gdy ciało jego spoczywało we Francji, tam właśnie padały obfite deszcze. Natomiast, gdy przywiezione zostało do Krakowa nadmierne deszcze poczęły nękać rolników z tamtych okolic, a we Francji zapanowała susza. Z pewnością więc przypadkowa zbieżność deszczowych lat i sprowadzenia ciała wieszcza do kraju, o czym głośno było nawet i na wsi galicyjskiej, spowodowała powstanie tej tak paradoksalnej informacji.

Latawiec
Autor: karola-j

Fantazja ludowych narratorów dawała płanetnikom przeróżny wygląd. Oto np. według informacji z okolic Tarnowa, zapisanej w latach międzywojennych, płanetnik był to wielki mężczyzna, z głową graniastą, z jednym okiem umieszczonym w czole i czterema kłami. Mimo jednak swego tak groźnego wyglądu pozostawał w dobrych stosunkach z ludźmi i za odpowiednie wyżywienie naganiał im potrzebne chmury.
W wielu okolicach, szczególnie zaś w Małopolsce, rozpowszechnione były wierzenia, że płanetnicy przy pomocy różnych magicznych sposobów ciągną wodę ze źródeł, rzek lub stawów do chmur. Widywano więc płanetnika, który podnosił wodę kubłami. Niekiedy płanetnicy ubrani w strażacki mundur do przenoszenia wody do chmur używali bardziej nowoczesnych środków, takich, z jakich korzystała znana mieszkańcom straż ogniowa. Z zapisanych na terenie Małopolski w końcu XIX w. tekstów wynika, że niekiedy płanetnik do transportu z ziemi do chmur tak wielkiej masy wody używał nawet smoka.

Istniały magiczne sposoby, przy pomocy których można było odpędzić zbliżające się gradowe chmury. Do nich w pierwszym rzędzie należały odpowiednie czynności dewocyjne, a więc odmawianie głośno specjalnych modlitw, kropienie wody święconej w kierunku zbliżającej się chmury, żegnanie jej znakiem krzyża itp. Dość szeroko rozpowszechniony był w całej Polsce zwyczaj dzwonienia specjalnymi dzwonkami "loretańskimi" lub też korzystania z dzwonów wiszących w kościelnej dzwonnicy. Tego rodzaju magiczne sposoby odpędzania chmur gradowych znane były od wieków. Dość charakterystyczna może być wzmianka zawarta w osiemnastowiecznej księdze sądowej miasteczka Brzeźnicy dotycząca fragmentu rozmowy między mieszczanami, która później stała się przyczyną bójki, i dlatego też została zanotowana przez pisarza wiejskiego: "l mówi te słowa: Pó[j]dźcie dzwonić na chmury. Odpowiada Zawacki: Lepi byś jechał po piwo, a nie kazał tłuc dzwonów, na próżno."

O odpędzaniu chmur przy pomocy bicia w dzwony świadczy napis, jaki był na dzwonie w Górze Kalwarii koło Grójca: "Boga chwalę, lud zwołuję, demonów odpędzam, mgłę rozpraszam i zmarłych opłakuję". Na Podhalu i w Beskidzie Śląskim niektórzy chłopi własnym kosztem stawiali dzwonniczki w celu odganiania chmur gradowych. Na przykład w Kościelisku na tzw. Rysulówce w 1913 r. miejscowy gospodarz ufundował dzwonniczkę z dzwonem o średnicy 40 cm. Umieszczona ona została na dachu owczarni. W wypadku pojawienia się groźnych chmur sam gospodarz zajmował się dzwonieniem. W kilka jednak lat później, podczas pierwszej wojny światowej, władze austriackie skonfiskowały dzwon, traktując go jako surowiec potrzebny dla celów wojskowych.

Pewnym pomieszaniem magii z czynnikami racjonalnymi była wiara, że gradowe chmury można odpędzić strzałami z armat lub nawet i zwykłych strzelb. Do takich czynności należało jednak używać specjalnie poświęconego prochu. Otóż z różnych dawnych informacji można się dowiedzieć, że sposoby te stosowane były w poprzednich stuleciach, za czasów dawnej Rzeczypospolitej. Wiara w skuteczność takich środków utrzymywała się jednak długo. Oto jeszcze w końcu czerwca 1913 r., według relacji naocznego i dość krytycznie się do tego odnoszącego informatora, w momencie zbliżania się groźnej gradowej chmury, chłopi ze wsi Krępa pod Mławą, gdzie na ćwiczeniach przebywał oddział rosyjskiej kawalerii, opłacili jednego z podoficerów, który kazał swoim żołnierzom strzelać do chmur. Grad istotnie nie spadł, a chłopi byli przekonani, że nastąpiło to tylko dzięki kanonadzie z kilkunastu karabinów.

W południowo-zachodniej Małopolsce bardzo szeroko rozpowszechniony był zwyczaj, że przed zbliżającą się burzą przed dom wystawiano łopaty od chleba. Archaiczny prawdopodobnie obyczaj zapisany został w drugiej połowie XIX w. na Kleparzu w Krakowie. Oto przed burzą wystawiano przed dom stół i stawiano na nim wodę święconą. A podczas burzy połączonej z gradem wynoszono również przed dom stare stolnice i wałki do ciasta. Być może miało to być symbolem dawniej stosowanej ofiary z chleba i ciasta.
Istniał wreszcie cały szereg słownych zamówień, przy pomocy których starano się odpędzić zbliżającą się gradową chmurę. W Łękawie pod Proszowicami (według badań Czesława Witkowskiego) jeszcze niedawno młodzież wiejska śpiewała:
A idzcie-z ta chmury na tatarskie góry, gdzie Tatary siadają. Krople wody żądają, my jej nie żądamy, bo jej dosyć mamy.

Osobnym zagadnieniem może być sprawa szeroko rozpowszechnionych na dawnej wsi wierzeń w magiczną i wielce dla ludu szkodliwą działalność "wirów" lub "cugów" powietrznych. Dość niezrozumiałe dla prostych ludzi zjawisko huraganów, czy nawet zupełnie niewielkich wirów powietrznych tłumaczono zwykle jako przejaw działalności istot demonicznych, a więc najczęściej diabłów lub potępionych dusz wisielców. Stąd też tak częste powiedzenia znane w podobnych brzmieniach na całym niemal obszarze ziem polskich, jak np. "diabeł leci i macha ogonem", "diable wesele", "diabeł tańcuje i ogonem zamiata", "diabły tańcują, bo się ktoś powiesił", "wisielec tańcuje", "leci dusza wisielca" itp.

W medycynie ludowej dość często występowały wypadki tzw. "zawiania" lub "ostudzenia wiatrem". Wytłumaczyć je zresztą można było dość prosto. Oto np. spocony od ciężkiej pracy wieśniak został owiany zimnym wiatrem i na skutek tego następowało zaziębienie, zapalenie mięśni itp. Również, co bardzo często zdarzało się w środowisku wiejskim, nagłe wyjście z ciepłej izby na powietrze w momencie, gdy wiał ostry wiatr mogło spowodować chorobę. Tak samo różnego rodzaju przeciągi, jakie np. niekiedy powstawały w stodole, powodowały, że spocony człowiek czuł się "zawianym".

Dawna medycyna wiejska bardzo często tłumaczyła tego rodzaju "zawiania" złośliwym działaniem demonów powietrznych. Naturalnie działała tu również i pewna sugestia. Sam rozmawiałem kiedyś ze starym wieśniakiem, z okolic Lipska nad Biebrzą, który mi z całą stanowczością dowodził, że kiedy przed laty spocony wyszedł ze stodoły, w której młócił cepem żyto, nadleciał "cug". W wirze powietrza zauważył on maleńkiego czarno ubranego człowieczka, który radośnie klaskał w dłonie. Kiedy po kilku minutach wrócił do stodoły stwierdził, że prawy bark oraz szyję ma jakby sparaliżowane. Nie miał więc żadnych wątpliwości, że został "zawiany" przez powietrzne istoty demoniczne. W tym wypadku wiedział nawet dokładnie, kto to był, a mianowicie dusza sąsiada, z którym miał spór o miedzę, a który podczas wojny w 1905 r. wzięty do niewoli japońskiej powiesił się. "Zawiany" wieśniak przez dłuższy okres czasu chorował, ale gdy przeprosił wdowę po sąsiedzie, który się powiesił, i ustąpił ze spornej miedzy, w nocy pojawił się ów maleńki człowieczek, dusza samobójcy, i powiedział, że mu wszystko wybacza. Od następnego dnia nie czuł też żadnych dolegliwości w barku i w szyi.

Na przedmieściu Tomaszowa Mazowieckiego pewna dziewczyna doprowadziła niezbyt fortunnego konkurenta do jej ręki do samobójstwa przez powieszenie. l oto gdy podczas karnawałowej zabawy, w samej tylko sukience wybiegła, spocona po tańcu na powietrze, nadleciał "wir", w którym zobaczyła swego nie żyjącego już adoratora. "Skręcił" on jej szyję, tak że przez wiele lat odczuwała skutki zemsty wzgardzonego przez nią adoratora. Nie pomagały żadne środki zalecane przez lekarzy. Dopiero gdy za radą pewnej znachorki pod rząd przez trzy wieczory o samej północy chodziła na grób samobójcy i płacząc przepraszała go za swą "niesprawiedliwość" zlitował się nad nią i wrócił zdrowie.

Niekiedy znów w niebezpiecznym wirze zobaczyć było można kierującego nim diabełka. Dziadek mojej informatorki z Bobrownik koło Działoszyna nad górną Wartą podpiwszy sobie w karczmie wyśpiewywał nieprzyzwoite piosenki, którymi gorszył otoczenie. l oto gdy opuścił karczmę, owiał go "cug", w którym wyraźnie zobaczył niewielkiego diabełka z rogami, ogonem i kopytem na jednej nodze. A po tym "zawianiu" do końca życia miał sztywny kark.

Na Pomorzu w Chełmińskiem wiry powietrzne nazywane "kręćkami", uważane były za istoty diabelskie. Z nieukrywaną odrazą odnosiły się one do osób wchodzących w kolizję z obowiązującymi zasadami moralności wiejskiej. Na przykład według informacji z Nowej Wsi, zapisanej przez ks. Władysława Legę, taki "kręciek" pewnego razu porwał "rozpustną" dziewczynę i porządnie ją wystraszył podrzucając do góry.
Istniały różne magiczne sposoby, przy pomocy których można się było zabezpieczyć przed niebezpiecznymi skutkami zawiania przez wir powietrzny. Najczęściej były to jakieś pobożne zawołania w rodzaju "Jezus, Maryja, Józef ratujcie", "Jezu odpędź złego" itp. Niekiedy należało przeżegnać się, wykonać znak krzyża. Były jednak i sposoby inne, a więc np. czułe zwrócenie się do potępionego ducha w rodzaju "Duchu szanowny nie czyń mi nic złego", lub "Wiatereczku kochany leć tam, gdzie złe pany". Można wreszcie było próbować i innych sposobów, a więc położenia się na ziemi, kucnięcia w zbożu, schowania się za drzewo lub krzak, czy też nawet trzykrotnego splunięcia za siebie czy też według innych informatorów przed siebie.

Wiatracznik
Autor: Anna

Przed wirem powietrznym można się było bronić przy pomocy ostrego narzędzia. Tego rodzaju wierzenia spotyka się zresztą u wielu ludów w różnych częściach świata. Tak więc Marokańczyk, gdy wiał silny wiatr, uderzał nożem w wir powietrzny, a następnie ów nóż wkładał w płomienie ogniska mówiąc "on ucieka, on oddala się". Również niektóre ludy Somalii i Etiopii uderzały mieczem lub nożem w demona znajdującego się w wirze powietrza. Tego rodzaju wierzenia znane były niektórym stepowym ludom tureckim ze środkowej Azji (Turkmenom, Kazachom, Kirgizom).

Również wśród ludów słowiańskich szeroko rozpowszechniona była wiara w to, że przed wirem powietrznym można się było bronić ostrym narzędziem czy nawet rzuconym kamieniem. Znane są więc zarówno u Słowian zachodnich, jak i wschodnich, opowiadania, jak to człowiek zaatakowany przez wir powietrzny cisnął w niego nożem lub uderzył widłami czy siekierą. l oto na ostrym narzędziu, ukazywała się krew. Niekiedy znów ustawał wiatr, a jednocześnie widoczna była poraniona, krwawiąca postać. Zdarzało się, że rzucony nóż zniknął w zanikającym wirze, a dopiero po pewnym czasie oddawał go właścicielowi nieznany człowiek z blizną.

Niektóre jednak duchy powietrzne nie znosiły oporu, a przeciwników używających przeciw nim ostrych narzędzi srogo karały. Tak więc opowiadano mi w Gidlach w Radomszczańskiem, że pewien wieśniak z pobliskiej wsi nakładał widłami snopy zboża na wóz, gdy oto zobaczył nadlatujący wir powietrzny. Zastawił się widłami i widocznie zranił nimi niewidzialnego ducha powietrznego, gdyż nagle obok niego pojawiła się kałuża krwi. Za chwilę jednak ów wir powietrzny zawrócił się. Przewrócił i połamał wóz, a owego wieśniaka "okrutnie sponiewierał" tak, że przez długie tygodnie ciężko chory leżał w łóżku.

Pewien drwal z okolic Mielnika nad Bugiem na Podlasiu, gdy wyszedł na polanę leśną zaatakowany został przez "wir". Uderzył w niego siekierą, usłyszał okrzyk bólu, zranionego ducha czy też diabła, jednocześnie jednak poczuł, że ma złamaną rękę.

Istniały wreszcie magiczne sposoby, które miały na celu wywołanie potrzebnego wiatru, np. podczas skwarnych żniw dla ochłody. W niektórych okolicach należało wówczas gwizdać, aby w ten sposób go ściągnąć. Na Żywiecczyznie, jak to podawał Kazimierz Moszyński, wołano śpiewnie "Chudy! chudy! chudy!", którym to mianem nazywano wiatr. Nad dolną Narwią młode dziewczyny, silnie dmuchając mogły wywołać potrzebny do ochłody wietrzyk. Zawsze jednak istniała obawa, aby zamiast ożywczego, wiatru nie sprowadzony został groźny huragan.

W wierzeniach niektórych ludów słowiańskich, np. Bułgarów, wiry powietrza spowodowane są przez istoty demoniczne zwane wiłami. Otóż nazwa wiłów, jako bliżej nieokreślonych istot demonicznych, znana jest z różnych okolic Polski. W mocno już jednak zatartych wierzeniach dotyczących wił raz są to leśne istoty o postaci dziewcząt, wyprowadzające ludzi na manowce, kiedy indziej mieszkańcy nadbrzeżnych zarośli lub nawet wód, istoty złośliwe, ale niezbyt groźne. Niektórzy jednak informatorzy (np. ze wsi Lubiel w dawnym powiecie pułtuskim, z Goworowa w dawnym powiecie ostrowskim) słyszeli, że ongiś jakoby duchy poruszające wirami powietrznymi nazywano wiłami, gdyż kręciły się one czyli wiły w powietrzu. Trudno jednak wysuwać tu przypuszczenia, żeby dawniej dość powszechnie pod nazwę wiłów podciągano demony poruszające wiry powietrzne.

Wiara w demoniczne istoty powietrzne w wielu częściach Polski już prawdopodobnie dość dawno poczęła się zacierać w tradycji ludowej. Nie występowała ona też tak wyraźnie, jak np. wierzenia w upiory-strzygonie lub zmory. Stąd też wypływają różnego rodzaju odmienne wersje, co do właściwości tych demonicznych istot, sposobów obrony przed nimi, o ludziach posiadających władzę nad powietrznymi żywiołami itp. Na podstawie też tego nadzwyczaj różnorodnego materiału, w przeważającej zresztą części pochodzącego z terenów południowej Polski, zabarwionego często znacznie późniejszymi uzupełnieniami, nie można się kusić o próbę przedstawienia dawnych wierzeń w demoniczne istoty powietrzne.

Demon ognia
Autor: Menhir

Osobnym wreszcie zagadnieniem, wychodzącym już właściwie poza tematykę tego rozdziału może być sprawa tzw. słonecznie. Oto na terenie Podhala w wierzeniach ludowych niektórych zresztą tylko wsi pojawiały się dość dziwne postaci demonów żyjących na promieniach słońca, tzw. słonecznie. Niekiedy potrafiły być one bardzo niebezpieczne dla ludzi, szczególnie jakoby śpiących w dzień. Naturalnie domyślać się można, że wypadki porażenia słonecznego, czy nawet śmiertelnego udaru, tłumaczone były działalnością tego typu istot demonicznych.


Za: Bohdan Baranowski: W kręgu upiorów i wilkołaków. Wydawnictwo Łódzkie 1981