Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wikingowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wikingowie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2015

Wielbią Odyna, piją miód z rogu i oddają hołd naturze

Od 20 do 22 marca wyznawcy Thora, Freji, Światowida i Peruna z całej Polski będą świętować nadejście wiosny w Sulistrowicach pod górą Ślężą.



poniedziałek, 17 lutego 2014

Inogici. Wstąp do średniowiecznej drużyny z Oliwy

Ruch rekonstrukcji średniowiecza w Polsce liczy już sobie kilkanaście lat. Jedną z czołowych drużyn na Pomorzu jest Oliwska Drużyna Najemna Inogici, zrzeszająca pasjonatów wieków średnich z Trójmiasta.



Oliwska Drużyna Najemna Inogici to grupa rekonstrukcji historycznej zajmująca się rekonstrukcją średniowiecza z głównym naciskiem na rzemiosło wojenne. Założona została w 1999 roku, chociaż niektórzy członkowie działali wcześniej w ruchu rycerskim. Drużyna jest więc jednym z pionierskich tego typu projektów na Pomorzu. Nazwa Inogici wywodzi się od łacińskiej nazwy gryfa, wiec jej tłumaczenie należałoby przedstawić jako Gryfici. Gryf jako symbol Pomorza widnieje na tunikach, tarczach i sztandarach.

Obecnie w ramach drużyny są dwa nurty: pierwszy to rekonstrukcja okresu wczesnego średniowiecza – czasów Wikingów i Słowian czyli IX-XI wieku, druga zajmuje się okresem pierwszej połowy XV wieku, ze szczególnym uwzględnieniem inscenizacji grunwaldzkiej. W obu przypadkach zrezygnowano z jednolitego uzbrojenia, gdyż najemnicy to osoby z rożnych stanów społecznych, jak i nacji. Preambuła kodeksu drużyny zaczyna się słowami: „Oliwska Drużyna Najemna Inogici z godłem gryfa białego w polu czarnym zgromadzeniem jest wolnych wojowników, stanu i pochodzenia wszelakiego, którzy orężem swym i męstwem Pomorzu służyć pragną.”





Obowiązkiem każdego członka drużyny jest posiadanie historycznego udokumentowania, że przedstawiciel odtwarzanej nacji miał szanse pojawić się na Pomorzu Gdańskim. By stać się jednym z Inogitów należy ukończyć 18 rok życia (treningi można rozpocząć wcześniej), oraz nauczyć się posługiwać bronią a także skompletować własny strój historyczny i uzbrojenie.

Od samego początku Inogici uczestniczą w wielu turniejach i bitwach, reprezentując swój herb. Wśród nich najbardziej znane są: Bitwa Narodów, Inscenizacja Bitwy pod Grunwaldem, Bitwa pod Cedynią, Międzynarodowy Piknik Archeologiczny w Leśnie, Festiwal Wczesnośredniowieczny Althing w Braniewie, Zlot Słowian i Wikingów w Grzybowie i wiele innych. Inogici uczestniczyli również w turnieju w Trento we Włoszech oraz w Trokach na Litwie. W szóstej edycji programu Mam Talent członkowie drużyny występowali nawet w półfinale.

Obecnie drużyna liczy około 20 aktywnych uczestników, w wieku od 15 do ponad 40 lat, wśród których są także kobiety, zajmujące się nie tylko szyciem strojów i oporządzeniem obozu, ale również i strzeleniem z łuku.

W kompletowaniu uzbrojenia oraz elementów stroju Inogici zachowują możliwie największą dbałość o zgodność z historycznymi pierwowzorami. Również namiot, który jest rozbijany na turniejach jest stylizowany na ten, w którym dawni wojowie odpoczywali podczas wyprawy wojennej. Inogici uczestniczą również w zmaganiach walk pełno-kontaktowych, będących nowo rodzącą się dyscypliną sportu. Jeden z nich reprezentował Polskę na rycerskich mistrzostwach świata w polskiej kadrze narodowej.

Oprócz tego rodzaju wyjazdów Inogici zajmują się również organizowaniem pokazów walk średniowiecznych, prelekcji na temat historii uzbrojenia oraz zabaw plebejskich. Drużyna w swej wieloletniej działalności organizowała program artystyczny na takich imprezach jak: Jarmark św. Dominika, Bałtycki Festiwal Nauki, Neptunalia Politechniki Gdańskiej, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy oraz Noc Świętojańska w Darłowie. Ponadto Oliwska Drużyna Najemna Inogici stale współpracuje z Muzeum Techniki w Warszawie oddział Zabytkowa Kuźnia Wodna w Oliwie. Inogici są także organizatorem imprezy historycznej pod nazwą „Wehikuł Czasu” na Twierdzy Wisłoujście.

Treningi odbywają się na polanie powyżej żwirowni za Dworem III na ul. Polanki w Gdańsku-Oliwie. Treningi są otwarte dla wszystkich osób, chcących poczuć atmosferę średniowiecznych zmagań bojowych i łuczniczych. Zmagania w średniowiecznych turniejach są prowadzone bronią tępą, ale ciosy są mocne, więc treningi przypominają te w sztukach walki.

Zapraszamy do uczestnictwa w drużynie, rekrutacja trwa cały rok! www.inogici.fora.pl



Piotr
Oliwska Drużyna Najemna Inogici




środa, 12 lutego 2014

Żywa lekcja historii. Zobacz, jak Polska wyglądała 1000 lat temu

W czwartek do Muzeum Narodowego zawita wystawa "Polska około roku 1000. Gniezno pierwszą stolicą". Na otwarciu pojawią się Wikingowie i Słowianie z Wolina, którzy pokażą, jak wyglądało życie we wczesnym średniowieczu.
Wystawa "Polska około roku 1000. Gniezno pierwszą stolicą" powstała ze zbiorów Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie. Otwarcie wystawy w szczecińskim muzeum odbędzie się w czwartek o godz. 14.

Słowianie (foto: PAP)

Ekspozycja będzie opowiadać o początkach polskiej państwowości i historii Gniezna. Przy okazji pokaże, jak wyglądało życie codzienne w tym wczesnośredniowiecznym grodzie i na jego podgrodziach. Wśród eksponatów znajdzie się m.in. kopia włóczni św. Maurycego czy ewangeliarza św. Ottona oraz rekonstrukcja zespołu grodowego na Górze Lecha. Wystawę uzupełnią ilustracje i komentarze uwzględniające najnowsze wyniki badań historycznych i archeologicznych. Towarzyszyć jej będzie ekspozycja "Pomorze u progu chrześcijaństwa" Muzeum Narodowego w Szczecinie (sic!).

Otwarcie wystawy z Gniezna ubarwi spotkanie z członkami Stowarzyszenia Centrum Słowian i Wikingów Wolin-Jomsborg-Vineta. W muzeum stanie słowiańska wioska, w programie są warsztaty m.in. z tkania na tabliczkach, haftowania, produkcji pierścionków taśmowatych i snycerki. Pojawią się też wczesnośredniowieczni wojowie.

Wstęp na otwarcie wystawy w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego jest wolny. Na co dzień bilety będą kosztować 10 i 5 zł, w soboty muzeum można zwiedzać za darmo.



piątek, 31 stycznia 2014

Wikingowie w Polsce – prawda czy mit?

Ostatnie dziesięciolecie to wzrost zainteresowania tematyką wikingów w Polsce. Odżyły stare koncepcje na ich temat, wskazujące na istotny wpływ na kształtowanie polskiej państwowości. Pojawiło się również nowe ujęcie tematu i nowe refleksje sugerujące zupełnie inny rodzaj wpływu ludności ze Skandynawii na Słowian Zachodnich.
„Wikingowie są na fali. Widoczne jest to szczególnie w czasie cieszącego się coraz większą popularnością Festiwalu Wikingów i Słowian na Wolinie, gdzie co roku przyjeżdżają tysiące osób. To sygnał wskazujący na zapotrzebowanie na wikingów” – opowiada PAP dr Leszek Gardeła, archeolog, pracownik Instytutu Archeologii Uniwersytetu Rzeszowskiego oraz Research Fellow w Centrum Średniowiecza i Kultury w Reykholt na Islandii – specjalista zajmujący się epoką wikingów.
W kulturze popularnej pokutuje mit wikinga jako bezlitosnego łupieżcy napadającego na przybrzeżne osady. Tymczasem zdaniem dr. Gardeły obraz ten nie jest wcale taki oczywisty.
„Przede wszystkim trudno jest jednoznacznie zdefiniować postać typowego wikinga. W świecie anglosaskim – potocznie określa się w ten sposób każdą osobę z obszaru Skandynawii z czasów VIII-XI wieku. Nieco inna definicja panuje na kontynencie. Sprzeczne ze sobą są również analizy lingwistyczne określenia +viking+" – opowiada dr Gardeła.
Być może słowo to pochodzi od staronordyckiego słowa vik, oznaczającego zatokę. W takim rozumieniu wiking byłby człowiekiem z zatoki. W drugim znaczeniu, również wypływającym z analiz lingwistycznych, należałoby łączyć określenie "viking" z czynnością, a nie miejscem. Wyruszanie na "viking" to wyruszanie po łup, czyli po prostu piractwo. W takim rozumieniu "viking" to okresowa profesja, pozwalająca na wzbogacenie się. Jak opowiada dr Gardeła, ostatnio zaproponowano jeszcze jedną interpretację, według której źródłosłowem tego określenia też jest czynność, ale polegająca na „zmianie miejsca w czasie wiosłowania”. W tym kontekście wiking to osoba wiosłująca, a nie krwawy rzezimieszek.
„Stereotyp krwawego wikinga pojawił się w kulturze masowej zapewne pod wpływem kultury zachodniej. Przecież doskonale znane są z anglosaskiej historiografii opisy ataków Skandynawów na Anglię czy Szkocję. Dodatkowo potwierdzają je wyniki ostatnich wykopalisk – w postaci zmasakrowanych szczątków najeźdźców bądź śladów ich obwarowanych obozowisk z okresu wczesnego średniowiecza” – dodaje archeolog.
Polscy naukowcy zaczęli się interesować tematyką wikińską już w okresie zaborów w XIX wieku. Najgłośniejszym echem odbiła się praca Karol Szajnochy, historyka Uniwersytetu Lwowskiego, w której przekonywał, że do powstania państwa polskiego przyczynili się walnie Lechici, rozumiani jako plemię pochodzące ze Skandynawii.
„Była to karkołomna teoria oparta o, patrząc z naszej perspektywy, naciągane przesłanki natury lingwistycznej. Autor nie był w stanie wesprzeć swoich dywagacji ani dowodami archeologicznymi, ani źródłami pisanymi” – przekonuje dr Gardeła.
Do argumentów przytaczanych przez Szajnochę powrócił ostatnio Zdzisław Skrok w książce „Czy wikingowie stworzyli Polskę?”. Jednak zdaniem dr. Gardeły trudno o jednoznaczne dowody silnej obecności Skandynawów na terenie obecnej Polski. Nie skłaniają go do tego źródła pisane lub archeologiczne, w których czytelny byłby jakiś konflikt czy zdecydowany wpływ z Północy.
„Do niedawna Polscy archeolodzy uparcie twierdzili, że mieszkańcy Skandynawii często grzebali swoich zmarłych w grobach komorowych, czyli w zagłębionych w ziemię jamach ze ścianami wykonanymi z drewna – swoistych +podziemnych domach+. Stąd podobne konstrukcje odkryte na terenie naszego kraju traktowano jednoznacznie jako pochówki wikińskie. Dokładna kwerenda materiałów funeralnych z terenów Skandynawii i innych obszarów leżących w obrębie wikińskiej diaspory wskazuje, że nie był to aż tak powszechny i typowy pochówek w tym rejonie” – mówi naukowiec.
Już dr Andrzej Janowski ze szczecińskiego oddziału Instytutu Archeologii i Etnologii PAN zwrócił uwagę na to, że nie tylko forma grobu jest istotna, ale również jego wyposażenie – a to jego zdaniem w polskich pochówkach komorowych wcale nie wskazywało na pochodzenie z dalekiej Północy. Przykładowo w grobach dotąd uważanych za skandynawskie w zasadzie brak broni, szczątków zwierzęcych czy biżuterii o takim pochodzeniu. Wzornictwo tej ostatniej wskazuje raczej na wpływy słowiańskie.
„Groby komorowe znalezione w Polsce są dość późne i zasadniczo pochodzą XI wieku. Znajdującym się w części z nich trumnom należy raczej przypisać konotacje związane z ekspansją chrześcijaństwa, a nie wikingów” – uważa dr Gardeła.
W jaki sposób zatem Skandynawowie chowali swoich zmarłych na ziemiach obecnej Polski? Czy jesteśmy ich w stanie wytropić, jeśli do nas dotarli? Zdaniem dr. Gardeły jest to zadanie bardzo trudne, bo wczesnośredniowieczne społeczności skandynawskie chowały swoich zmarłych w różny sposób, czasem mało dystynktywny – np. do niczego nie wyróżniającego się grobu szkieletowego wkładano jedynie żelazny nożyk. Podobnych grobów we wczesnośredniowiecznej Polsce było mnóstwo i nikt dotąd nie uznał ich za wikińskie.
„Tylko kilka pochówków na terenie obecnego Pomorza, moim zdaniem, należy uznać z całą pewnością za należące do przedstawicieli dalekiej Północy, należą do nich m.in. odkrycia ze Świelubia oraz Elbląga” – dodaje.
Błędem polskiej nauki – zdaniem dr. Gardeły – jest poszukiwanie śladów wikingów w Polsce tylko w grobach elitarnych. Kto wie, ile niepozornych grobów przybyszów uszło uwadze prowadzących wykopaliska.
W kontekście wpływów skandynawskich rozpatrywana jest ostatnio także osada w Wolinie. Zdaniem archeologa było to miejsce, które najprościej opisać jako strefę wolnocłową na obecnych portach lotniczych. Mieszały się tam wpływy różnych, pochodzących z odległych rejonów kupców.
„W Wolinie wiele znalezionych zabytków nawiązuje do stylu wikińskiego. Moim zdaniem faktycznie można uznać, że istniała tam jakaś grupa przyjezdnych rzemieślników i kupców z Północy” – uważa badacz.
W X–XI wieku społeczności z różnych regionów ówczesnego świata posiadały szereg sposobów na manifestowanie swojej tożsamości i odmienności. Mógł to być specyficzny ubiór, ale także język, zwyczaje czy wierzenia. Osady handlowe, takie jak Wolin, stanowiły tygiel kulturowy, ale tam dominującą grupą byli jednak Słowianie.
Skandynawowie z pewnością pojawiali się na polskich ziemiach, ale ich największa aktywność skupiała się na obszarach Pomorza. Byli to przede wszystkim kupcy, handlarze.
„Ostrożna ocena wszystkich przesłanek wskazuje, że Skandynawowie nie mieli większego wpływu na ukształtowanie się polskiej państwowości. W materiale archeologicznym brak śladów konfliktu z obcą siłą – z najeźdźcą. Trudno również wytropić pochówki przybyszów – wiele z tych kiedyś uznanych za takowe, zostało źle zinterpretowanych – badający je archeolodzy tylko pobieżnie przyglądali się materiałom skandynawskim i w wielu przypadkach dokonywali błędnych porównań ” – kończy dr Gardeła.



Autor: szz/ mrt/
Nauka w Polsce - PAP



Wielka wyprawa księcia Racibora - recenzja


Być może to wyłącznie moja subiektywna opinia, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że wciąż próbuje się usilnie promować martyrologiczną historię Polski, opartą na ciągłym rozpatrywaniu serii klęsk oraz kreowaniu mitu o tzw. „Chrystusie Narodów”. Na szczęście stan ten, być może dobry dla Polaków stłamszonych po nieudanych powstaniach narodowych, a także w niezrozumiały sposób wciąż podtrzymywany po upadku minionego ustroju, co jakiś czas przełamują publikacje nowatorskie, nie wpisujące się w dotychczasowy schemat. Jedną z nich jest najnowsza pozycja Instytutu Wydawniczego Erica zatytułowana „Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku” Artura Szrejtera.

Wyprawa księcia Racibora

Zgodnie z informacją wydawcy, książka ta jest pierwszym monograficznym opracowaniem wojny konungahelskiej. W przystępny a jednocześnie rzetelny i szczegółowy sposób ukazuje jej przyczyny, przebieg i konsekwencje. Stara się odpowiedzieć na pytanie, kto i w jakim celu wysłał za morze armię liczącą kilkaset okrętów i prawie 30 tysięcy ludzi. Armię, która pod dowództwem pomorskiego księcia Racibora odniosła jedno z najbardziej spektakularnych zwycięstw w ramach średniowiecznych operacji wojskowych Północnej Europy. I bynajmniej nie ma w tej opinii nic przesadzonego…

Tom I „Polityczna szachownica XII wieku”

Pierwsza część publikacji zatytułowana “Polityczna szachownica wieku XII” stanowi swego rodzaju wprowadzenie, przybliżające szerokie tło polityczne wyprawy. Jest ona napisana w tak przejrzystej i przystępnej formie, że autor winien poważnie zastanowić się nad podobną, odrębną publikacją opisującą dzieje polityczne ówczesnej słowiańszczyzny. Z zarysu tego dowiadujemy się, od jakiego okresu mówić możemy o zauważalnym pojawieniu się Słowian nad Bałtykiem, jak również o tym, że poszczególne ówczesne państwa nie istniały w próżni, lecz były od siebie współzależne w ramach dynamicznie zmieniających się stosunków międzynarodowych. Na tym tle szczególnie ciekawie przedstawiono z kolei  posunięcia polityczne poprzedzające rok 1136, związane z postacią Bolesława III Krzywoustego.
Główna część pracy badawczej oparta została na źródle skandynawskim zatytułowanym “Saga o Magnusie Ślepym i  Haraldzie Słudze Bożym”, części “Heimskringli” będącej zbiorem opowieści o królach norweskich, opracowanych lub od nowa spisanych przez islandzkiego historiografa Snorriego Sturlusona żyjącego w latach 1179 – 1241. Ten sagnamad, poeta, krwawy wódz i bezlitosny polityk, bardzo szczegółowo omówił wyprawę Racibora, poświęcając jej aż dwa i pół rozdziału swojego utworu, co samo w sobie świadczy o randze tego wydarzenia. Dzięki temu (oraz wnikliwej analizie Artura Szrejtera)  możemy wejrzeć w tajniki skomplikowanej polityki międzynarodowej, prowadzonej w pierwszej połowie XI wieku przez państwa Europy  Środkowej i Północnej.
Choć temat wyprawy podejmowany był już wcześniej, przez takich badaczy międzywojennych jak Leon Koczy, czy historyków działających po wojnie jak Karol Maleczyński, Krystyna Pieradzka czy Gerard Labuda, to dotąd czyniono to w sposób dość ogólny, nigdy tematu nie przedstawiając jako samodzielne opracowanie. Główny tego powód upatrywany jest w sporze narodowo-politycznym toczonym między badaczami polskimi a niemieckimi, dotyczącym wpływu starożytnych ludów germańskich na kształtowanie się Słowiańszczyzny, jak również kwestii germańskości lub słowiańskości starożytnych mieszkańców ziem polskich, a także roli jaką Skandynawowie odegrać mieli w powstaniu państwa polskiego.

Mieszko I nie był wikingiem

Przykładowo uczeni niemieccy byli zwolennikami upatrywania w Mieszku I wikinga (czego echa nadal pokutują w wielu współczesnych teoriach), w odpowiedzi na co historycy polscy przez lata starali się zaprzeczać jakiejkolwiek obecności ludności skandynawskiej na ziemiach słowiańskich (tym samym nasi naukowcy, nie uznając sag za źródła dostatecznie wiarygodne, nie mogli również w pełni otwarcie powoływać się na nie ukazując słowiańskie zwycięstwa). Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach XX wieku zaczęto, głównie pod naciskiem jednoznacznych wyników odkryć archeologicznych, podważać większość fałszywych a silnie dotąd się utrzymujących stereotypów. Archeologia z jednej strony potwierdziła silne zjawisko osadnictwa skandynawskiego na wybrzeżach słowiańskich we wczesnym średniowieczu (szczególne w ośrodkach kupiecko-rzemieślniczych), z drugiej zaś dużą aktywność handlową i militarną Słowian na Bałtyku od VIII do XII stulecia (włącznie z akcjami osiedleńczymi na wyspach południowoduńskich, w Skanii i w niektórych miastach Skandynawii). Tym samym, obok badań religioznawczych i etnologicznych, także świadectwa archeologiczne ostatecznie potwierdziły wiarygodność licznych sag.

Naukowe opracowanie w popularnonaukowej formie

Artur Szrejter opierając się na tekście podstawowym za jaki obrał sagę Sturlusona (kilka polskich prac, jedynie szczątkowo podejmujących to zagadnienie, traktując jako narzędzie posiłkowe), chcąc właściwie odczytać ten erudycyjny i wieloznaczny tekst, zajął się nim w sposób interdyscyplinarny, polegający na kompleksowym połączeniu ustaleń z kilku dziedzin: historii, archeologii, religioznawstwa, etnologii i literaturoznawstwa.  Jednocześnie, poświęcając wyprawie konungahelskiej odrębne opracowanie, postanowił ująć je w formie popularnonaukowej, w przystępny sposób przybliżając to niezwykle ciekawe wydarzenie historyczne możliwie szerokiemu gronu odbiorców. Autor nie kreuje się przy tym na wyrocznię, wyraźnie przedstawiając najprawdopodobniejszą według siebie wersję tamtych zdarzeń.

Mit o prymitywizmie sztuki wojennej dawnych Słowian obalony

Całość wyprawy jawi się jako szczegółowo przemyślane i zaplanowane przedsięwzięcie, którego ukoronowaniem było zdobycie jednego z ważniejszych miast północnej Europy. Przy dogłębnej analizie sagi okazuję się, że Słowianie odznaczali się rozwiniętą strategią (w większej, operacyjnej skali) jak i taktyką (w mniejszej skali, związanej z bitwą kończącą tę wyprawę). Nad wyraz dobrze wyposażona, liczna armia dowodzona przez Racibora, cechowała się karnością i przykładną organizacją oddziałów, przecząc tym samym potocznej opinii o prymitywizmie sztuki wojennej dawnych Słowian. Niektóre z zastosowanych technik, jak na tamte czasy, zdają się wręcz zaskakiwać innowacyjnością. Dobitnie dowodzą, iż Wendowie – pomimo, iż jako poganie byli przez wikingów postrzegani jako gorsi – w niczym im nie ustępowali na polu walki, a w wielu aspektach sztuki wojennej wręcz ich przewyższali, czego najlepszym dowodem był ostatecznie upadek Konungaheli. Tym bardziej zaskakujące, że ten niekwestionowany sukces naszych przodków, który został uhonorwany w jednej z sag obcego narodu, u nas samych jest tak mało znany.

Aspekty religijne

Co jednak szczególnie winno zainteresować rodzimowierców? Po pierwsze fakt, że dotychczasowe opracowania, oparte na wcześniejszych przekładach sagi opisującej wyprawę na Konungahelę, praktycznie nie wykazywały zainteresowania aspektami religijnymi. Z relacji tej przykładowo dowiadujemy się natomiast, że pomimo misji chrystianizacyjnych (w tym szczególnie Ottona z Bambergu w latach 1124-1125 oraz w 1128 r.) większość Pomorzan w praktyce nadal pozostawała poganami. Przy tej okazji Artur Szrejter w swym opracowaniu wspomina o wybuchu powstania antypolskiego i antychrześcijańskiego w 1127 roku na Pomorzu Zachodnim i Zaodrzańskim (stara się jednocześnie przybliżyć towarzyszące mu okoliczności). Co istotne – w celu pełnego i właściwego zrozumienia dawnych źródeł, szczególnie tej ich części, które nawiązywały do pogaństwa, autor opracowania musiał wykazać się zarówno znajomością ówcześnie używanych form stylistycznych, jak również  etnicznych wierzeń, a także uwzględnić neoficką umysłowość autora sagi.
Z drugiej strony, co osobiście odebrałem jako drobny zgrzyt, autor we wstępie na 10 stronie swej publikacji zauważa, iż Europa Północna radykalnie zmieniła swoje oblicze – “z anarchicznego, pogańskiego i wikińskiego w feudalne, chrześcijańskie i kupieckie”. Czy jednak można tu mówić o zdecydowanej wyższości jednej strony tego przeobrażenia nad drugą? Tym bardziej w sytuacji, gdy nie mamy realnego, racjonalnego porównania, jak mógłby ewoluować ów pogański ustrój plemienno-rodowy, gdyby nie zastąpił go popierany przez chrześcijaństwo feudalizm (który z większości wikingów, wolnych rolników, gospodarujących na własnej ziemi, którzy jednocześnie tworzyli warstwę wojowników, uczynił najprawdopodobniej zwykłych chłopów)? I czy był on rzeczywiście taki znów anarchiczny.
W dalszej części publikacji autor dodatkowo zauważa, że Skandynawów czy Słowian pomorskich cechowała wielka „giętkość zawodowa”. Ówczesne ludy basenu Morza Bałtyckiego zajmowały się każdym rodzajem działalności zarobkowej, który w danej chwili okazywał się najbardziej dochodowy. Oferujący towar kupcy w jednej chwili mogli przedzierzgnąć się w żądnych krwi piratów, by po powrocie do domu kilka następnych miesięcy życia spędzić jako rybacy czy rolnicy. Obraz taki potwierdzają nie tylko liczne opisy w sagach, tudzież pozostałych dziełach historycznych, jak również znaleziska historyczne. Te ostatnie szczególnie wyraźnie wskazują na wysoki stopień militaryzacji wszystkich warstw społeczeństw nadbałtyckich, co z kolei zdaje się wskazywać na bardziej wyrównany system społeczny, niż późniejszy wprowadzony przy okazji chrystianizacji feudalizm.

Podsumowanie

Podsumowując całość, Artur Szrejter w swym opracowaniu wykazał się szczególną znajomością nie tylko tematu głównego, ale i zagadnień pobocznych. Samo opracowanie jest pierwszym, uwzględniającym pełne tłumaczenie sagi, przez co niesie nieujęty dotąd zasób wiedzy nie tylko historycznej, ale i etnologicznej, a także religioznawczej. Większych błędów zasadniczo nie zauważyłem. Drobne potknięcia czy zgrzyty, których na upartego można by się doszukiwać, są jeśli już wynikiem wspomnianego popularnonaukowego stylu publikacji (który popularny jest momentami zupełnie bez potrzeby, jakby na siłę). W niczym nie umniejsza to jednak merytorycznej wartości tego opracowania, które pod tym względem stoi na najwyższym poziomie.
Podobnie rzecz tyczy się  strony technicznej publikacji, do czego Instytut Wydawniczy Erica zdążył nas już niemal przyzwyczaić. Twarda, solidna, częściowo powlekana okładka, dobrej jakości papier, szyty grzbiet. Książka przykuwa uwagę i ładnie prezentuje się na półce (świetnie nadaję się również na prezent). Jednym zdaniem – oprawa godna zawartości, a publikację po prostu miło jest wziąć do ręki. To naturalnie znajduje również odbicie w cenie, która według okładki wynosi 49,90 zł. Prawdziwych poszukiwaczy dobrych książek historycznych w żadnym wypadku nie powinno to jednak zniechęcać (tym bardziej, iż w księgarniach internetowych pozycję niniejszą znaleźć można znacznie taniej), bo tę publikację naprawdę warto mieć wśród swoich zbiorów. Wydawcy proponujemy natomiast rozważyć, czy nie warto w przyszłości wypuścić dodatkowo alternatywnej, tańszej  wersji, np. klejonej i w miękkiej okładce (której nie będzie żal zabrać do poczytania w środkach komunikacji miejskiej czy wrzucić do plecaka).
Publikacja zawiera kilka ciekawych rycin, poczynając od map poglądowych, po szczegółowo opisane rysunki pieszych wojowników oraz łodzi kończąc. Trochę niestety szkoda, że nie udało się ich w treści zmieścić więcej. W publikacji znajdziemy za to tekst sagi w oryginale. Nie zabrakło również bogatej bibliografii, a także indeksu zawierającego imiona, nazwy własne oraz wybrane terminy użyte w omawianym opracowaniu, co stosunkowo szybko pozwala odszukać interesujące nas zagadnienia. Na zakończenie dodam, że już teraz nie mogę doczekać się kolejnej, zapowiadanej przez Ericę książki Artura Szrejtera, pt.: „Pod pogańskim sztandarem. Dzieje tysiąca wojen Słowian połabskich od VII do XII wieku.” gdyż „Wielka wyprawa Księcia Racibora” zdecydowanie rozbudziła mój apetyt na więcej. Wszystkim natomiast, zwłaszcza mającym dość już ciągłego rozpamiętywania narodowych klęsk, omawianą pozycję szczerze polecam.
Autor:  Ratomir Wilkowski





Tytuł: Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku
Autor: Artur Szrejter
seria/cykl wydawniczy: Wojny Wikingów i Słowian tom 1
wydawnictwo: Instytut Wydawniczy ERICA
data wydania: 14 sierpnia 2013
ISBN: 9788364185052liczba stron: 244