Niepozorny pagórek w Birżynianach na Żmudzi, z którego rozciąga się widok na szlachecki, dawny polski dwór i nowy litewski hotel. Dzięki tabliczce z informacją, że wzgórze jest pozostałością osady z mniej więcej X wieku, mogę wyobrazić sobie mickiewiczowskiego Konrada Wallenroda i krzyżaków kolonizujących te ziemie pod pretekstem wyrzynania pogan.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mieszko I. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mieszko I. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 14 kwietnia 2016
poniedziałek, 4 stycznia 2016
Ślub Mieszka i Dobrawy. "Dla historyków nie miał sensu" - Audycja
- Moim zdaniem jedynym wyjaśnieniem tego ślubu jest fakt, że Czechom zabrakło niewolników. Podbili wszystko, co się dało, bez stawania na odcisk potężnym sąsiadom - mówi Kamil Janicki.
niedziela, 20 grudnia 2015
Plemienne scrabble - co było przed państwem Mieszka I?
W przyszłym roku będziemy obchodzić 1050 rocznicę chrztu Polski. Wydarzenie to uznaje się za moment powstania polskiego państwa. A co było wcześniej?
poniedziałek, 27 lipca 2015
Bitwa pod Cedynią – upokorzona duma teutońska (audycja)
W 972 roku wojska margrabiego Hodona, bez porozumienia z cesarzem, przeprawiły się na ziemie Mieszka I. Szacuje się, że przeciwko polskiemu władcy ruszyło do 3000 pieszych i ponad 1000 konnych rycerzy.
środa, 24 czerwca 2015
Chrzest Polski, błąd czy światłe posunięcie Mieszka I?
Gdy Mieszko podejmował decyzję o chrzcie Polski, religie pogańskie były jeszcze bardzo silne i obejmowały ogromne tereny od Renu po tereny europejskie dzisiejszej Rosji. Czy była wtedy szansa przeciwstawienia się ekspansji chrześcijaństwa?
wtorek, 9 czerwca 2015
Przodkowie Mieszka I byli wikingami czy przybyli z Moraw? Odpowie nam DNA Piastów
Czy Piastowie byli rodzimą, czy obcą dynastią? Czy przodkowie Mieszka I przybyli do nas z Moraw? Na te i inne pytania odpowiedzą specjaliści od początków dziejów Polski. A pomogą im badacze DNA z Poznania.
wtorek, 19 maja 2015
Skąd wzięli się Polacy?
Pytanie, na które od wieków próbują odpowiedzieć tabuny badaczy, wciąż fascynuje.
niedziela, 10 maja 2015
Bajka o Piaście Kołodzieju zamiast historii walecznych Wikingów?
Czy warto być archeologiem w Polsce? Jakie są dowody na to, że Mieszko był wikingiem? O to, kim naprawdę byli wikingowie oraz o stan polskiej archeologii zapytaliśmy Zdzisława Skroka, archeologa, autora głośnej publikacji „Czy wikingowie stworzyli Polskę?”. Większość z pytań nadesłali czytelnicy Histmag.org.
środa, 6 maja 2015
Mieszko I - wiking, Słowianin czy przybysz z Moraw?
Niektórzy mediewiści twierdzą, że pierwszy polski władca był potomkiem Normanów lub władców Wielkich Moraw. Co właściwie wiemy o pochodzeniu Piastów i samego Mieszka I?
niedziela, 15 marca 2015
Tak powstawała Polska. Sprawdzamy teorie o korzeniach twórcy polskiej państwowości
Mieszko I, pierwszy poświadczony źródłowo władca z dynastii Piastów, stworzył podwaliny pod polską państwowość, ale nie wziął się znikąd. A dokładnie mógł przywędrować z Moraw - twierdzi prof. Przemysław Urbańczyk, mediewista archeolog z Polskiej Akademii Nauk i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, autor książki „Mieszko I Tajemniczy”.
niedziela, 24 sierpnia 2014
Piastowie z importu
Powstanie państwa polskiego wciąż okrywa tajemnica... Czy to Wikingowie pomogli Mieszkowi I stworzyć zręby cywilizacji w dzikim kraju Słowian?
czwartek, 5 czerwca 2014
Ruszczyński odziera historię z mitów
Adam Ruszczyński, historyk i publicysta, napisał książkę pt. "Mieszko I. Skandynawski jarl czy słowiański kneź?". - Znaczna część wiedzy historycznej jest już nieaktualna, trzeba ją odrzeć z mitów - mówi.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Czy Mieszko I był Wikingiem? – wykład
W ramach V Pikniku Wiedzy i Nauki Uniwersytetu Łódzkiego, który odbędzie się 6 czerwca 2014 r., archeolog dr Jerzy Sikora (UŁ) wygłosi wykład „Czy Mieszko I był Wikingiem?”
środa, 28 maja 2014
Adam Ruszczyński: Mieszko I. Skandynawski Jarl czy Słowiański Kneź?
Kiedy chodziłem do szkół wpajano mi, iż „historia magistra vitae est”. Uwierzyłem i pilnie się tej historii uczyłem. Zafascynował mnie zwłaszcza okres Pierwszych Piastów. Często bowiem zadawałem sobie pytanie – jak w ciągu 60 lat, bez telefonów, faksów, dróg, dwóch władcom – ojcu i synowi -praktycznie z niczego udało się stworzyć Państwo przez duże „P”- sprawne, silne, liczące się na arenie europejskiej, którego władcy byli „królom równi”.
czwartek, 3 kwietnia 2014
Piastowie pochodzili z Moraw? Dr Sikorski kontruje tezę prof. Urbańczyka
Tradycja długo pamiętała o obcym pochodzeniu władców. U rzekomo „mojmirowskich” Piastów uderzający byłby zatem brak tej pamięci – pisze dr hab. Dariusz Andrzej Sikorski o tezie zakładającej, że wbrew relacji Galla Anonima Piastowie nie byli miejscowym rodem, ale pochodzili od rządzących państwem wielkomorawskim Mojmirowiców.
sobota, 8 lutego 2014
Mieszko - rozniecaj sławę!
A oto inna z hipotez na temat prawdziwego imienia jakie nosił Mieszko I.
Mieszko I (źródło: historiopedia)
Prof. Jasiński zwraca uwagę, że z wyjątkiem imion niesłowiańskich (do których zaliczyłby także Bezpryma) Piastowie posługiwali się tylko imionami dwuczłonowymi. A to ma znaczenie dla zagadki Mieszka.
Według językoznawców imię Mieszko to forma skrócona imienia dwuczłonowego, typowego dla słowiańskiej elity. Z prof. Przemysławem Urbańczykiem polemizuje historyk średniowiecza i źródłoznawca prof. Tomasz Jasiński.
Największą zaletą prac naukowych prof. Przemysława Urbańczyka jest pomysłowość i oryginalność. Swoimi ciekawymi ustaleniami prof. Urbańczyk zmusza innych badaczy do ponownych przemyśleń.
Jeżeli chodzi o etymologię imienia Mieszka I, to całkowicie się nie zgadzam z hipotezą prof. Urbańczyka. Gdybyśmy chcieli zaakceptować ten pogląd, musielibyśmy wskazać w dziełach Ibrahima ibn Jakuba czy Widukinda na inne, analogiczne przypadki nawiązywania do Starego Testamentu przy podawaniu imion i nazw geograficznych. Zarówno jeden, jak i drugi starają się zawsze jak najwierniej oddać nazwy własne. Trzeba przy tym zaznaczyć, iż nie dysponujemy oryginałami tych dzieł, a przy ich przepisywaniu wielokrotnie zmieniano imiona, nazwy plemion i nazwy geograficzne.
Imię Mieszka I jest – moim zdaniem – całkowicie wyjaśnione przez językoznawców. Językoznawstwo rządzi się prawami tak ścisłymi jak fizyka. Różnica między obu naukami polega tylko na tym, że w wypadku językoznawstwa mamy często do czynienia z nieprecyzyjnymi zapisami. To tak, jak byśmy w fizyce korzystali ze źle wyskalowanych narzędzi pomiarowych. Ale nie zmienia to faktu, iż obydwie nauki mają równie ścisłe prawa.
Historycy nie znają się najczęściej na prawach rządzących językoznawstwem i dlatego nie przekonują ich argumenty językoznawcze.
Dwuczłonowe imię – symbol statusu
Przystępując do rozważań nad genezą imienia Mieszka I, powinniśmy przede wszystkim pamiętać o kontekście historycznym. Jest poza wszelką dyskusją, że słowiańskie imiona dwuczłonowe są dziedzictwem z okresu wspólnoty praindoeuropejskiej. Imionami dwuczłonowymi lub pochodnymi od nich imionami skróconymi posługiwała się (jak uważają badacze typów imion indoeuropejskich Ernst Pulgram i Tadeusz Milewski) przede wszystkim, a może nawet wyłącznie, arystokracja indoeuropejska. Tak też pozostało w okresie prasłowiańskim i w czasach, gdy na scenę historyczną wkraczają państwa Słowian. Imiona pierwszych władców i wielmożów słowiańskich są niemal wyłącznie dwuczłonowe lub są formami zdrobniałymi tych dwuczłonowych imion. Aleksander Brückner o zwyczajach Słowian pisze: „Nazwy tworzono wedle pierwotnego, aryjskiego sposobu, tj. złożone, dwupniowe, zawierające dobrą wróżbę, życzenia pomyślności i chwały”.
Podobnie było w dynastii Piastów, w której – pomijając imiona niesłowiańskie – posługiwano się wyłącznie imionami dwuczłonowymi: Siemowit, Siemomysł, Czcibor, Bolesław, Świętosława, Świętopełk, Kazimierz, Władysław, Zbigniew i Dobroniega oraz pochodzącymi od imion dwuczłonowych formami skróconymi. Wśród tych ostatnich należy wymienić imiona: Leszek i Mieszko. Jest oczywiste, że również i imię Mieszko w pełnej postaci musiało być dwuczłonowe, czyli takie, jakie nosili przodkowie i potomkowie pierwszego historycznego władcy. Imię dwuczłonowe nosił też ojciec Mieszka – Siemomysł i jego pierworodny syn – Bolesław. Arystokrata plemienny, członek dynastii rządzącej, nie mógł mieć innego imienia niż dwuczłonowe, gdyż każde inne imię byłoby zaprzeczeniem jego statusu społecznego.
Zdrobniony Miecisław
W świetle badań językoznawców imię Mieszko jest formą skróconą takiego imienia dwuczłonowego. Formy skrócone powstawały według ściśle określonych reguł, których tu nie sposób przytaczać. Zauważę tylko, że forma skrócona Mieszko powstała na skutek skrócenia jednosylabowego z pnia hipokorystycznego (tj. zdrobniałego, pieszczotliwego) z otwartą sylabą MIE- oraz dwóch sufiksów: pierwszego (-ch-||-sz-) i drugiego stopnia (-k-). Ten ostatni przyjmował najczęściej postać -ek, -ko, -ka. A więc, jeśli oddamy w dzisiejszej ortografii imię pierwszego chrześcijańskiego władcy, brzmiało ono: Mieszek, Mieszko i Mieszka. I takie mamy właśnie zapisy w źródłach. Językoznawcy zwracają uwagę, że forma nijaka była formą bardziej pieszczotliwą od męskiej, a żeńska (Mieszka) – najbardziej pieszczotliwą. Oczywiście współczesnych może dziwić, że mężczyzna mógł posługiwać się formą żeńską, ale wystarczy przypomnieć imiona wielu sławnych polskich mężów: Pełka, Suła, Święca, Żyra.
Gorzej wygląda sprawa, gdy chcemy odpowiedzieć na pytanie, jak brzmiał pierwszy człon pełnego imienia, które nosił Mieszko I.
Jeszcze bardziej komplikuje się sytuacja, gdy próbujemy odgadnąć, jak brzmiało całe pełne dwuczłonowe imię. Nie wynika to jednak z faktu, iż jest to imię niejasne, zagadkowe czy – jak niektórzy sobie wyobrażali – obce: normańskie czy pruskie. Kłopoty z rekonstrukcją pierwotnego imienia Mieszka I są natury bardzo prozaicznej. Wynikają one z faktu, iż pień hipokorystyczny mógł pochodzić i często pochodził od kilku pierwszych członów imienia dwuczłonowego, a czasami nawet od pierwszego i innego drugiego członu.
Najbardziej prawdopodobne jest pochodzenie imienia Mieszko od członu mieci-, w zasadzie jedynego członu od imion dwuczłonowych, który możemy przypisać pniowi hipokorystycznemu MIE-. Imię Mieszko z imieniem Miecisław pierwszy powiązał Jan Długosz. W 1925 r. od członu mieci-, a od pełnego imienia Miecisław, wyprowadził imię Mieszka Witold Taszycki, który też odnalazł to imię wśród dokumentów i ksiąg, począwszy od XIII w. Taką możliwość zaakceptował Stanisław Urbańczyk (nie mylić z Przemysławem), a także Stanisław Rospond (który początkowo miał inne zdanie). Z tegoż członu wyprowadza imię Mieszka również Maria Malec.
Cóż znaczyło imię Miecisław? W 1946 r. Stanisław Urbańczyk wyjaśniał je jako „sławę miotający”. Jednak już w 1925 r. Witold Taszycki, a później Tadeusz Milewski w pośmiertnie opublikowanej w 1969 r. rozprawie, podkreślali, iż imię to należy do najmłodszej grupy imion dwuczłonowych słowiańskich. Imiona te, jak np. Grzmisław, Imisław, a wśród nich także Miecisław, oparte są w pierwszym członie o imperativus [tryb rozkazujący czasownika, przyp. red.] liczby pojedynczej drugiej osoby. Taki typ imion występuje już tylko w językach słowiańskich, brak jego odpowiednika w innych językach indoeuropejskich. Uwzględniając zatem ów imperativus, imię Miecisław należy rozumieć jako życzenie: „miotaj sławę” czy „rozniecaj sławę”.
Autor: Tomasz Jasiński
Mieszko nie Mieszko
W związku z ostatnimi dywagacjami i polemikami dotyczącymi pochodzenia Mieszka I postanowiłem przypomnieć poniższy artykuł:
Możliwe, że kronikarze celowo przekręcili prawdziwe imię władcy, by pasowało do postaci ze Starego Testamentu.
Wystarczy zajrzeć do książek, poświęconych początkom państwa polskiego, albo nawet tylko zerknąć na fora internetowe im poświęcone, aby przekonać się, że temat imienia Mieszka I to studnia bez dna. „Nie wiemy, jak w oryginale brzmiało imię Mieszka. Nie mamy nawet pewności, czy to było słowo słowiańskie, czy innego pochodzenia. Lingwiści i historycy od ponad stu lat się spierają, co też mogło oznaczać” – tłumaczy prof. Przemysław Urbańczyk, archeolog i mediewista z Polskiej Akademii Nauk. W swej najnowszej książce „Mieszko I tajemniczy” próbował rozwikłać m.in. tę zagadkę. Kluczowe były dla niego dwa najstarsze znane zapisy imienia Mieszka – arabski z relacji Ibrahima ibn Jakuba (965) oraz łaciński z dzieła Widukinda (968). Zawiodły go do... Starego Testamentu.
Trop ibn Jakuba
Ibrahim ibn Jakub był Żydem z Tortosy, podróżnikiem wysłanym przez Arabów z misją handlowo-szpiegowską na wschód Europy. Tu poznał imię tajemniczego „króla północy”, władcy państwa, z którego w przyszłości wyrośnie Polska. Ibn Jakub zapisał je w postaci spółgłosek „Mškh” (mszkh). W arabskim, podobnie jak w hebrajskim, przy pisaniu nie stosuje się samogłosek, są one domyślne. O jaki więc wyraz mogło chodzić? Pojawiła się koncepcja, że o Mashaqqah (maszakka), ale wyraz ten oznacza… „plagę”, „trudność”, „kłopot”. Odrzucono więc tę możliwość.
„Historycy uznali, że Ibrahim ibn Jakub nie mógł Mieszkowi nadać imienia Problem” – mówi „Focusowi Historia” prof. Urbańczyk. Sam poszedł inną drogą, kierując się pewną dedukcją: „Spróbowałem sobie wyobrazić Ibrahima ibn Jakuba, który pojawia się w roku 965 na Słowiańszczyźnie (a dokładnie w czeskiej Pradze) i tam słyszy imię o trudnej wymowie. Nie mówi mu ono zupełnie nic, a jakoś musi je zapisać. A każdy człowiek ma jednak skłonność, by próbować porównać rzeczy nowe do czegoś, co zna. Wpadłem na to, że mógł użyć arabskiego terminu »Meshekh« (Meszek). Otóż Meszek to nazwa ludu wywodzącego się od biblijnego Jafeta, syna Noego. Ludu, który miał zaginąć gdzieś na północy, i którego przez długi czas poszukiwali historycy i geografowie arabscy, żydowscy, a także chrześcijańscy (wszak starotestamentowe opowieści są dla nich wspólne). Ta nazwa Ibrahimowi ibn Jakubowi doskonale pasowała. Przed wyjazdem na północ prawdopodobnie przygotował się merytorycznie, może nawet sam szukał ludu czy króla Meszek. Dlatego zapisał niezrozumiałe imię w postaci starotestamentowej. Dla czytelnika z tamtej epoki informacja, że na północy rządzi król Meszek, byłaby całkowicie zgodna z wykładnią biblijną”.
No tak, ale oryginalne zapiski Ibrahima się nie zachowały. Zostały tylko przytoczone w „Księdze dróg i królestw” al-Bekriego z XI w. Skąd możemy być pewni, że przy przepisywaniu ich nie zmieniono? „Jest argument za tym, że ten pierwotny zapis został zachowany. Taki sam, tylko hebrajski, zapis »Mšk« mamy na opisanych w tym języku monetach Mieszka Starego dwieście lat później” – przekonuje prof. Urbańczyk.
Geopolityka Widukinda
Zdaniem badacza na podobnej zasadzie powstał enigmatyczny łaciński zapis „Misaca”/„Misaco” w „Rerum gestarum Saxonicarum libri tres” saskiego kronikarza Widukinda. „Pochodzi niemal z tego samego okresu, co relacja ibn Jakuba. Jest różnica tylko kilku lat. Wyobraziłem sobie, że również Widukind i kronikarze sascy, gdy po raz pierwszy usłyszeli imię władcy słowiańskiego, nie potrafili go wymówić, powtórzyć ani zapisać. Dla Sasa, który dziwne imię słowiańskie ma zapisać po łacinie – to łamigłówka zupełnie niezwykła! Uznałem, że podobnie jak Ibrahim ibn Jakub, Widukind próbował odwołać się do Biblii. I mamy tam starotestamentową opowieść o Miszachu, którego władca babiloński Nabuchodonozor mianował gubernatorem” – tłumaczy Urbańczyk.
Powstaje pytanie, dlaczego Widukindowi imię Mieszka skojarzyło się z Miszachem, a nie z Meszkiem, jak Ibrahimowi. Otóż Widukind zapisał swoją wersję ok. 968 r. Wtedy to nasz władca wysłał do cesarza Ottona I do Rzymu delegację z mieczem, który odebrał pokonanemu cesarskiemu krewniakowi Wichmanowi – warchołowi, na dodatek najeżdżającemu słowiańskie ziemie. W odpowiedzi na to poselstwo cesarz posłał Mieszkowi – nieznanemu potencjalnemu sojusznikowi – biskupa misyjnego Jordana. Kronikarz mógł wytłumaczyć sobie i czytelnikom tę sytuację jako powtórzenie historii ze Starego Testamentu: cesarz (król Nabuchodonozor) przygarnia nieznanego sobie władcę (Miszacha) i mianuje swoim chrześcijańskim przedstawicielem (gubernatorem) na północy. Zdaniem prof. Urbańczyka takie symboliczne powtórzenie to całkowicie normalny sposób myślenia dla ludzi wczesnośredniowiecznych. To dlatego w źródłach saskich pojawił się zapis „Misaco” czy nawet „Misacho”.
Spolonizowany Mieszko
Wynikałoby stąd, że ludzie z dwóch różnych środowisk intelektualnych – z jednej strony muzułmańsko-żydowskiego, z drugiej chrześcijańskiego – aby jakoś przetłumaczyć przedziwne imię naszego władcy, dokonali jego przełożenia na terminologię i sytuacje sobie znane. „Z kronik forma łacińska wróciła do Polski, gdzieś w czasach Bolesława Chrobrego, i pojawiła się na monecie wybitej w drugiej dekadzie XI w. dla jego syna Mieszka II. Zapisane jest na niej »Misico«. To też wersja, która pojawiła się wcześniej w Saksonii. I to z niej po latach przekształceń dostaliśmy naszego Mieszka: po wtórnym zeslawizowaniu, spolonizowaniu imienia zapisanego wcześniej po łacinie” – wyjaśnia prof. Urbańczyk.
Czyli pierwotne imię zostało przekształcone w zapisach arabsko-żydowskich i łacińskich, i dopiero na tej podstawie powstało znane nam dziś imię. Zdaniem prof. Urbańczyka możemy więc być pewni, że Mieszko I nie nazywał się Mieszko, jakkolwiek brzmi to paradoksalnie!
Mediewista prof. Henryk Samsonowicz ma jednak zastrzeżenia do koncepcji prof. Urbańczyka: „Przecież późniejsze źródła, które wymieniają wyraźnie imię Mieszka, na pewno nie chciały podciągnąć go pod imię ze Starego Testamentu. Stąd mam pewne wątpliwości co do tej hipotezy”… Pozostaje też pytanie zasadnicze: jak brzmiało imię Mieszka w rzeczywistości i co faktycznie oznaczało?
Niedowidzący Anonim
Gall (a może raczej Wenecjanin) Anonim, pierwszy kronikarz tworzący na polskich ziemiach, użył na początku XII w. wersji imienia „Mesco”/„Mesko”. Znał już wcześniejsze zapisy łacińskie, lecz ich nie powtórzył. Może taki zapis wydał mu się bardziej adekwatny.
Zdaniem prof. Urbańczyka najciekawsze wydaje się jednak coś innego: „Gall Anonim przytoczył legendę, że Mieszko przez siedem lat od urodzenia był ślepy. To ciekawe, jeśli powiązać to z koncepcją prof. Andrzeja Bańkowskiego, że w kwestii brzmienia imienia władcy trzeba oprzeć się na wyrazie »Mьžьka« zapisanym w źródle staroruskim. Ono oznaczało właśnie kogoś, kto niedowidział”.
„Mьžьka” pojawił się w tzw. latopisie ipatijewskim, mówiącym o Mieszku III Starym. Jak podkreśla badacz, jest to najstarszy ruski zapis tego imienia, który część językoznawców uważa za wersję najbardziej odpowiadającą ówczesnej „polszczyźnie” (dziś nawet nie wiadomo dokładnie, jak należałoby odczytać wyraz „Mьžьka” – zapewne w sposób zbliżony do „Mieżka”).
Niemniej wszystkie elementy układanki zaczynają się łączyć! Nieprzetłumaczalnego dla odwiedzających Słowiańszczyznę zagranicznych przybyszów, niedowidzącego „Mieżkę” zastąpił – w zależności od obcego źródła – podobnie brzmiący biblijny Meshekh-Meszek lub Misacho-Miszach. Potem imię wracało w różnych łacińskich formach, które z czasem Polacy przełożyli jako „Mieszko”.
Co na to inni naukowcy? „Pierwotne brzmienie imienia jest dla mnie tajemnicą. I Przemysław Urbańczyk ma całkowitą rację, próbując je rozszyfrować. Dobrze, że stawia pewne nowe pytania, które już teraz spowodowały lawinę rozmaitych rozważań. Kto pyta, nie błądzi” – podkreśla prof. Henryk Samsonowicz. Jednak jego zdaniem przekaz, jakoby Mieszko za młodu był ślepy i dopiero później odzyskał wzrok, nawiązuje do tego, że władca przyjął chrzest – i „przejrzał na oczy” w ten własnie sposób. Ma więc charakter ideologiczny, nie musi odpowiadać stanowi faktycznemu. Poza tym imię to było używane długo po rzekomo „ślepym” Mieszku I.
Sęk też w tym, że mamy jeszcze inne hipotezy i to z długim rodowodem! Wincenty Kadłubek, a za nim Jan Długosz, pisali po wiekach o naszym władcy, że „spodobało się ojcu i dostojnikom nazwać go Mieszką, co w języku polskim znaczy zamieszanie lub poruszenie, dlatego że z powodu swej ślepoty od urodzenia był przyczyną zamieszania dla rodziców i narodu”. Czyli jednocześnie powtórzyli wersję Anonima o niedowidzeniu władcy, ale pochodzenie imienia wyjaśnili w inny sposób. Na dodatek Długosz wytłumaczeń miał kilka, bo napisał: „Sądzą niektórzy, że małego księcia nazwano Mieczysławem, co oznacza »mający posiadać sławę« i że imię to przeszło w Mieszko przez zdrobniałe wołanie go, gdy był dzieckiem”. A to był dopiero początek kolejnych hipotez, które pojawiały się przez następne wieki.
Zamieszanie z Dagome iudex
Może trzeba pójść w jeszcze innym kierunku: czy imię Mieszko to nie zdrobnienie od niedźwiedzia, „misia”, „miszki”? No i co z „Dagome iudex” – znanym tylko z kopii dokumentem z ok. 991 r., w którym identyfikowany z Mieszkiem „Sędzia Dagome” („Dagome iudex”) oddaje swoje ziemie w opiekę Stolicy Apostolskiej. Sugerowałoby to, że prawdziwe imię polskiego władcy to właśnie Dagome (Dagone, Dago). Albo Degen – co po niemiecku oznaczało miecz, więc kojarzyć się może z próbą przetłumaczenia na obcy język imienia Mieczysław jako oznaczającego kogoś „sławnego mieczem”...
Inni badacze próbowali tłumaczyć, że zwrot „Dagome iudex” to błąd kopisty, który źle odczytał i przepisał formułę „Ego Mesco dux” (ja, książę Mieszko) lub „Dago Mesco dux” (książę Dago Mieszko). W tym drugim wypadku nasz władca miałby dwa imiona. Dlaczego nie: w końcu jedno mógł nosić od urodzenia, drugie dostać na chrzcie... A może chodziło tylko o jedno imię chrzestne? Na przykład o – jak sugerował prof. K.T. Witczak – faktycznie znane (na Połabiu) imię Tęgomir, przełożone jako Dagome… Pomysłów była cała masa.
W tej sytuacji mediewista Karol Buczek pisał jeszcze w latach 60.: „Sądzę, że należałoby skończyć z opartymi na regeście »Dagome iudex« kombinacjami na temat imienia chrzestnego Mieszka I, jest bowiem zgoła nieprawdopodobne, by wystawił on akt darowizny »państwa gnieźnieńskiego« nie pod tym imieniem, pod którym występuje w źródłach polskich, czeskich i niemieckich, nie wyłączając kronik Widukinda i Thietmara. Świadczy to, że innego imienia w ogóle nie używał i – prawdę mówiąc – używać nie mógł, zwłaszcza w działaniach politycznych, gdyż w czasie chrztu był już człowiekiem dorosłym i miał za sobą co najmniej kilka lat rządów państwem”.
Jak dodał Buczek, „trudno nie uważać w tej sytuacji imienia Dagome za produkt jakiejś pomyłki spowodowanej może nad niszczeniem pierwowzoru naszego regestu”.
Dokument zwany „Dagome iudex”, w którym Mieszko tytułowany jest jako „sędzia Dagome”, wywołał falę spekulacji na temat „drugiego imienia” bądź „prawdziwego imienia” księcia. Z drugiej strony część naukowców uważa ten dziwny zwrot za błąd kopisty.
Bez cudownych historycznych źródeł
Przy takiej liczbie hipotez (a wymieniliśmy tylko najważniejsze) nic dziwnego, że kiedy w 2012 r. odbyła się w Poznaniu konferencja naukowa poświęcona imieniu Mieszka, badacze nie byli w stanie wypracować jednolitego stanowiska. Nie pojawiły się też odkrywcze próby rozwiązania problemu. „Okazało się, że takich zupełnie nowych pomysłów nie ma. Raczej wraca się do elementów, które już się pojawiały, tylko albo nie zostały dostrzeżone, albo nie w pełni wykorzystane. Ja w swojej koncepcji starałem się z różnych pojedynczych pomysłów, które padały w tekstach różnych autorów i w różnych czasach, zrobić jedną sensowną całość” – przekonuje prof. Urbańczyk.
Optymiści cały czas mogą liczyć, że na odkrycie czekają nieznane historyczne źródła, które ostatecznie wyklarują sprawę. Weźmy dla przykładu słynne manuskrypty z Mali – wciąż niezinwentaryzowane tysiące kilkusetletnich rękopisów w piśmie arabskim. Mogą one przecież zawierać kopie zapisków Ibrahima ibn Jakuba. „Niewykluczone, że przy szkołach koranicznych i meczetach, gdzie powstawały biblioteki, ktoś odkryje jakiś nieznany nam rękopis albo starszy od tych, którymi dysponujemy. Jednak szansa taka jest minimalna – uważa prof. Urbańczyk i konkluduje: – Mamy niezwykle skromne źródła do całych dziejów Mieszka. Prawdy musimy się domyślać przez analogie, przez wyobrażanie sobie sytuacji, w której powstały, przez usuwanie błędów itd. Ostatecznych dowodów zapewne nie znajdziemy. Możemy tylko stawiać kolejne, coraz lepsze hipotezy”.
Według niego, prawdziwe imię Mieszka wywodziło się od określenia na niedowidzącego, a przekręcili je kronikarze – chcąc zbliżyć je brzmieniem do postaci ze Starego Testamentu – i jest to najlepsze wytłumaczenie, na jakie nas dzisiaj stać.
Autor: Adam Węgłowski
piątek, 31 stycznia 2014
Wielka wyprawa księcia Racibora - recenzja
Być może to wyłącznie moja subiektywna opinia, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że wciąż próbuje się usilnie promować martyrologiczną historię Polski, opartą na ciągłym rozpatrywaniu serii klęsk oraz kreowaniu mitu o tzw. „Chrystusie Narodów”. Na szczęście stan ten, być może dobry dla Polaków stłamszonych po nieudanych powstaniach narodowych, a także w niezrozumiały sposób wciąż podtrzymywany po upadku minionego ustroju, co jakiś czas przełamują publikacje nowatorskie, nie wpisujące się w dotychczasowy schemat. Jedną z nich jest najnowsza pozycja Instytutu Wydawniczego Erica zatytułowana „Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku” Artura Szrejtera.
Wyprawa księcia Racibora
Zgodnie z informacją wydawcy, książka ta jest pierwszym monograficznym opracowaniem wojny konungahelskiej. W przystępny a jednocześnie rzetelny i szczegółowy sposób ukazuje jej przyczyny, przebieg i konsekwencje. Stara się odpowiedzieć na pytanie, kto i w jakim celu wysłał za morze armię liczącą kilkaset okrętów i prawie 30 tysięcy ludzi. Armię, która pod dowództwem pomorskiego księcia Racibora odniosła jedno z najbardziej spektakularnych zwycięstw w ramach średniowiecznych operacji wojskowych Północnej Europy. I bynajmniej nie ma w tej opinii nic przesadzonego…
Tom I „Polityczna szachownica XII wieku”
Pierwsza część publikacji zatytułowana “Polityczna szachownica wieku XII” stanowi swego rodzaju wprowadzenie, przybliżające szerokie tło polityczne wyprawy. Jest ona napisana w tak przejrzystej i przystępnej formie, że autor winien poważnie zastanowić się nad podobną, odrębną publikacją opisującą dzieje polityczne ówczesnej słowiańszczyzny. Z zarysu tego dowiadujemy się, od jakiego okresu mówić możemy o zauważalnym pojawieniu się Słowian nad Bałtykiem, jak również o tym, że poszczególne ówczesne państwa nie istniały w próżni, lecz były od siebie współzależne w ramach dynamicznie zmieniających się stosunków międzynarodowych. Na tym tle szczególnie ciekawie przedstawiono z kolei posunięcia polityczne poprzedzające rok 1136, związane z postacią Bolesława III Krzywoustego.
Główna część pracy badawczej oparta została na źródle skandynawskim zatytułowanym “Saga o Magnusie Ślepym i Haraldzie Słudze Bożym”, części “Heimskringli” będącej zbiorem opowieści o królach norweskich, opracowanych lub od nowa spisanych przez islandzkiego historiografa Snorriego Sturlusona żyjącego w latach 1179 – 1241. Ten sagnamad, poeta, krwawy wódz i bezlitosny polityk, bardzo szczegółowo omówił wyprawę Racibora, poświęcając jej aż dwa i pół rozdziału swojego utworu, co samo w sobie świadczy o randze tego wydarzenia. Dzięki temu (oraz wnikliwej analizie Artura Szrejtera) możemy wejrzeć w tajniki skomplikowanej polityki międzynarodowej, prowadzonej w pierwszej połowie XI wieku przez państwa Europy Środkowej i Północnej.
Choć temat wyprawy podejmowany był już wcześniej, przez takich badaczy międzywojennych jak Leon Koczy, czy historyków działających po wojnie jak Karol Maleczyński, Krystyna Pieradzka czy Gerard Labuda, to dotąd czyniono to w sposób dość ogólny, nigdy tematu nie przedstawiając jako samodzielne opracowanie. Główny tego powód upatrywany jest w sporze narodowo-politycznym toczonym między badaczami polskimi a niemieckimi, dotyczącym wpływu starożytnych ludów germańskich na kształtowanie się Słowiańszczyzny, jak również kwestii germańskości lub słowiańskości starożytnych mieszkańców ziem polskich, a także roli jaką Skandynawowie odegrać mieli w powstaniu państwa polskiego.
Mieszko I nie był wikingiem
Przykładowo uczeni niemieccy byli zwolennikami upatrywania w Mieszku I wikinga (czego echa nadal pokutują w wielu współczesnych teoriach), w odpowiedzi na co historycy polscy przez lata starali się zaprzeczać jakiejkolwiek obecności ludności skandynawskiej na ziemiach słowiańskich (tym samym nasi naukowcy, nie uznając sag za źródła dostatecznie wiarygodne, nie mogli również w pełni otwarcie powoływać się na nie ukazując słowiańskie zwycięstwa). Dopiero w ostatnich dziesięcioleciach XX wieku zaczęto, głównie pod naciskiem jednoznacznych wyników odkryć archeologicznych, podważać większość fałszywych a silnie dotąd się utrzymujących stereotypów. Archeologia z jednej strony potwierdziła silne zjawisko osadnictwa skandynawskiego na wybrzeżach słowiańskich we wczesnym średniowieczu (szczególne w ośrodkach kupiecko-rzemieślniczych), z drugiej zaś dużą aktywność handlową i militarną Słowian na Bałtyku od VIII do XII stulecia (włącznie z akcjami osiedleńczymi na wyspach południowoduńskich, w Skanii i w niektórych miastach Skandynawii). Tym samym, obok badań religioznawczych i etnologicznych, także świadectwa archeologiczne ostatecznie potwierdziły wiarygodność licznych sag.
Naukowe opracowanie w popularnonaukowej formie
Artur Szrejter opierając się na tekście podstawowym za jaki obrał sagę Sturlusona (kilka polskich prac, jedynie szczątkowo podejmujących to zagadnienie, traktując jako narzędzie posiłkowe), chcąc właściwie odczytać ten erudycyjny i wieloznaczny tekst, zajął się nim w sposób interdyscyplinarny, polegający na kompleksowym połączeniu ustaleń z kilku dziedzin: historii, archeologii, religioznawstwa, etnologii i literaturoznawstwa. Jednocześnie, poświęcając wyprawie konungahelskiej odrębne opracowanie, postanowił ująć je w formie popularnonaukowej, w przystępny sposób przybliżając to niezwykle ciekawe wydarzenie historyczne możliwie szerokiemu gronu odbiorców. Autor nie kreuje się przy tym na wyrocznię, wyraźnie przedstawiając najprawdopodobniejszą według siebie wersję tamtych zdarzeń.
Mit o prymitywizmie sztuki wojennej dawnych Słowian obalony
Całość wyprawy jawi się jako szczegółowo przemyślane i zaplanowane przedsięwzięcie, którego ukoronowaniem było zdobycie jednego z ważniejszych miast północnej Europy. Przy dogłębnej analizie sagi okazuję się, że Słowianie odznaczali się rozwiniętą strategią (w większej, operacyjnej skali) jak i taktyką (w mniejszej skali, związanej z bitwą kończącą tę wyprawę). Nad wyraz dobrze wyposażona, liczna armia dowodzona przez Racibora, cechowała się karnością i przykładną organizacją oddziałów, przecząc tym samym potocznej opinii o prymitywizmie sztuki wojennej dawnych Słowian. Niektóre z zastosowanych technik, jak na tamte czasy, zdają się wręcz zaskakiwać innowacyjnością. Dobitnie dowodzą, iż Wendowie – pomimo, iż jako poganie byli przez wikingów postrzegani jako gorsi – w niczym im nie ustępowali na polu walki, a w wielu aspektach sztuki wojennej wręcz ich przewyższali, czego najlepszym dowodem był ostatecznie upadek Konungaheli. Tym bardziej zaskakujące, że ten niekwestionowany sukces naszych przodków, który został uhonorwany w jednej z sag obcego narodu, u nas samych jest tak mało znany.
Aspekty religijne
Co jednak szczególnie winno zainteresować rodzimowierców? Po pierwsze fakt, że dotychczasowe opracowania, oparte na wcześniejszych przekładach sagi opisującej wyprawę na Konungahelę, praktycznie nie wykazywały zainteresowania aspektami religijnymi. Z relacji tej przykładowo dowiadujemy się natomiast, że pomimo misji chrystianizacyjnych (w tym szczególnie Ottona z Bambergu w latach 1124-1125 oraz w 1128 r.) większość Pomorzan w praktyce nadal pozostawała poganami. Przy tej okazji Artur Szrejter w swym opracowaniu wspomina o wybuchu powstania antypolskiego i antychrześcijańskiego w 1127 roku na Pomorzu Zachodnim i Zaodrzańskim (stara się jednocześnie przybliżyć towarzyszące mu okoliczności). Co istotne – w celu pełnego i właściwego zrozumienia dawnych źródeł, szczególnie tej ich części, które nawiązywały do pogaństwa, autor opracowania musiał wykazać się zarówno znajomością ówcześnie używanych form stylistycznych, jak również etnicznych wierzeń, a także uwzględnić neoficką umysłowość autora sagi.
Z drugiej strony, co osobiście odebrałem jako drobny zgrzyt, autor we wstępie na 10 stronie swej publikacji zauważa, iż Europa Północna radykalnie zmieniła swoje oblicze – “z anarchicznego, pogańskiego i wikińskiego w feudalne, chrześcijańskie i kupieckie”. Czy jednak można tu mówić o zdecydowanej wyższości jednej strony tego przeobrażenia nad drugą? Tym bardziej w sytuacji, gdy nie mamy realnego, racjonalnego porównania, jak mógłby ewoluować ów pogański ustrój plemienno-rodowy, gdyby nie zastąpił go popierany przez chrześcijaństwo feudalizm (który z większości wikingów, wolnych rolników, gospodarujących na własnej ziemi, którzy jednocześnie tworzyli warstwę wojowników, uczynił najprawdopodobniej zwykłych chłopów)? I czy był on rzeczywiście taki znów anarchiczny.
W dalszej części publikacji autor dodatkowo zauważa, że Skandynawów czy Słowian pomorskich cechowała wielka „giętkość zawodowa”. Ówczesne ludy basenu Morza Bałtyckiego zajmowały się każdym rodzajem działalności zarobkowej, który w danej chwili okazywał się najbardziej dochodowy. Oferujący towar kupcy w jednej chwili mogli przedzierzgnąć się w żądnych krwi piratów, by po powrocie do domu kilka następnych miesięcy życia spędzić jako rybacy czy rolnicy. Obraz taki potwierdzają nie tylko liczne opisy w sagach, tudzież pozostałych dziełach historycznych, jak również znaleziska historyczne. Te ostatnie szczególnie wyraźnie wskazują na wysoki stopień militaryzacji wszystkich warstw społeczeństw nadbałtyckich, co z kolei zdaje się wskazywać na bardziej wyrównany system społeczny, niż późniejszy wprowadzony przy okazji chrystianizacji feudalizm.
Podsumowanie
Podsumowując całość, Artur Szrejter w swym opracowaniu wykazał się szczególną znajomością nie tylko tematu głównego, ale i zagadnień pobocznych. Samo opracowanie jest pierwszym, uwzględniającym pełne tłumaczenie sagi, przez co niesie nieujęty dotąd zasób wiedzy nie tylko historycznej, ale i etnologicznej, a także religioznawczej. Większych błędów zasadniczo nie zauważyłem. Drobne potknięcia czy zgrzyty, których na upartego można by się doszukiwać, są jeśli już wynikiem wspomnianego popularnonaukowego stylu publikacji (który popularny jest momentami zupełnie bez potrzeby, jakby na siłę). W niczym nie umniejsza to jednak merytorycznej wartości tego opracowania, które pod tym względem stoi na najwyższym poziomie.
Podobnie rzecz tyczy się strony technicznej publikacji, do czego Instytut Wydawniczy Erica zdążył nas już niemal przyzwyczaić. Twarda, solidna, częściowo powlekana okładka, dobrej jakości papier, szyty grzbiet. Książka przykuwa uwagę i ładnie prezentuje się na półce (świetnie nadaję się również na prezent). Jednym zdaniem – oprawa godna zawartości, a publikację po prostu miło jest wziąć do ręki. To naturalnie znajduje również odbicie w cenie, która według okładki wynosi 49,90 zł. Prawdziwych poszukiwaczy dobrych książek historycznych w żadnym wypadku nie powinno to jednak zniechęcać (tym bardziej, iż w księgarniach internetowych pozycję niniejszą znaleźć można znacznie taniej), bo tę publikację naprawdę warto mieć wśród swoich zbiorów. Wydawcy proponujemy natomiast rozważyć, czy nie warto w przyszłości wypuścić dodatkowo alternatywnej, tańszej wersji, np. klejonej i w miękkiej okładce (której nie będzie żal zabrać do poczytania w środkach komunikacji miejskiej czy wrzucić do plecaka).
Publikacja zawiera kilka ciekawych rycin, poczynając od map poglądowych, po szczegółowo opisane rysunki pieszych wojowników oraz łodzi kończąc. Trochę niestety szkoda, że nie udało się ich w treści zmieścić więcej. W publikacji znajdziemy za to tekst sagi w oryginale. Nie zabrakło również bogatej bibliografii, a także indeksu zawierającego imiona, nazwy własne oraz wybrane terminy użyte w omawianym opracowaniu, co stosunkowo szybko pozwala odszukać interesujące nas zagadnienia. Na zakończenie dodam, że już teraz nie mogę doczekać się kolejnej, zapowiadanej przez Ericę książki Artura Szrejtera, pt.: „Pod pogańskim sztandarem. Dzieje tysiąca wojen Słowian połabskich od VII do XII wieku.” gdyż „Wielka wyprawa Księcia Racibora” zdecydowanie rozbudziła mój apetyt na więcej. Wszystkim natomiast, zwłaszcza mającym dość już ciągłego rozpamiętywania narodowych klęsk, omawianą pozycję szczerze polecam.
Autor: Ratomir Wilkowski
Tytuł: Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku
Autor: Artur Szrejter
seria/cykl wydawniczy: Wojny Wikingów i Słowian tom 1
wydawnictwo: Instytut Wydawniczy ERICA
data wydania: 14 sierpnia 2013
ISBN: 9788364185052liczba stron: 244
Subskrybuj:
Posty (Atom)


